Podstronice


piątek, 31 grudnia 2010

Plebiscyty

Na zakończenie każdego roku mamy przemożną chęć jego podsumowania. Często objawia się to publikowaniem przeróżnych plebiscytów. Zwykle są to publikację związane z jakąś konkretną branżą, tak więc magazyny muzyczne publikują rankingi na wokalistę roku, gitarzystę roku czy najlepszego kompozytora, periodyki sportowe szeregują piłkarzy według najlepszych strzelców, narciarzy według najdłuższych skoków a miotaczy młotem na tych, którzy miotnęli nim najdalej.
Tzw. tygodniki opinii ozdabiają okładki swoich numerów noworocznych twarzami tych polityków i mężów stanu (tych drugich to raczej za granicą), którzy według kolegiów redakcyjnych wywarli największy wpływ w mijającym roku na życie polityczne i społeczne danego kraju, zaś miesięczniki poświęcone kinu i filmom wrzucają na rozkładówkę buźkę aktora czy aktorki, którzy biegając i strzelając lub zdejmując majtki na ekranie, zarobili dla swojej wytwórni filmowej najwięcej milionów dolarów.

Przyszło mi do głowy że i ja mógłbym jakoś w ten sposób podsumować przechodzący na szczęście do historii (dosłownie i w przenośni) paskudny rok 2010.
Kategorię - co chyba oczywiste - wybiorę po swojemu i zupełnie odmienne niż inni kreatorzy swoich plebiscytów. Raz - że będzie to, jak sądzę znacznie ciekawsze dla ewentualnych czytających, dwa - że każdy inaczej postrzega otaczającą nas rzeczywistość i jestem stuprocentowo pewien że moje jej postrzeganie różni się znacząco od tego jak ją postrzega, dajmy na to taki Kamil Durczok czy na przykład mój, jeśli mógłbym tak to ująć: specyficzny ulubieniec i zdecydowany czarny koń w nadchodzącym roku na zwycięzcę w kategorii „Idiota roku 2011” - Tomasz Nałęcz.
Żeby już nie przedłużać i nie zanudzać – zaczynamy:

Fraza roku: Polska zdała egzamin.



Cóż tu dodać? To chyba jasne że zdała? Widok rdzewiejącego, ruskiego truchła konstrukcji Andrieja Nikołajewicza Tupolewa na podsmoleńskim betonie, widok zanurzonych w wodzie po same dachy domów oraz niedawne obrazki z dworców kolejowych w całym kraju świadczą o tym że Polska jest w stanie zdać dosłownie każdy egzamin. Skóra cierpnie mi od szyi w dół na samą myśl jakie jeszcze egzaminy przed nami. Ale jestem pewien że ten nowy Tymochowicz, który kręci od trzech lat Tuskiem znajdzie jak zawsze jakiś cudowny sposób na to żebyśmy zdali je jak zawsze koncertowo i na piątkę.

Motto roku: na kursie i na ścieżce.

Tak, bez wątpienia ten cytat wyjęty z jednej z kilku wersji słynnych „stenogramów z kokpitu” doskonale nadaję się na to żeby stać się mottem mijającego roku jeśli chodzi o sytuację Polski, w jakiej się ona znalazła po zaledwie trzech latach rządzenia gabinetu skleconego z ludzi Platformy przez Donalda Tuska.
Kurs na pojednanie z Putinem i wyraźnie zarysowana „ścieżka schodzenia” dla Polski są oczywiste. Niestety zakończenie tego schodzenia też zaczynam w swojej wyobraźni widzieć coraz wyraźniej. Szkoda że ta część Polaków, która wyniosła ekipę Tuska do władzy nie będzie chciała w całości pokryć jej rachunków i że tak wiele realnej krwi musiało wsiąknąć w ruską i polską ziemię przy okazji tej nauczki.

Twarz roku:

Co tu pisać? Widok wart tysiąca słów...



Poliglota roku: Graś przepraszający po rusku okradające zwłoki polskich patriotów ruskie szumowiny.

Nie myślałem że dożyję czegoś takiego! Słowo daję, że w najbardziej psychodelicznym śnie, do głowy by mi nie przyszło że za mojego życia będę mógł być świadkiem jak minister polskiego (?) rządu, na wizji przeprasza ruską żulię okradającą zwłoki polskich patriotów w jej rodzimym języku!
Za co przeprasza? Za to że mu się popieprzyły kolory mundurów - pełen odpał!!!



Jeśli wziąć pod uwagę że ze swoim drugim pracodawcą (nie wiem czy lemingi do końca zdają sobie sprawę z faktu że płacą tej groteskowej figurze sporą pensję?) prawdopodobnie musi się porozumiewać po niemiecku, i że jeśli uwzględnimy dodatkowo dwa języki, które minister Graś ma w butach to wychodzi mi że mamy do czynienia ze stuprocentowym poliglotą. Szkoda że najmniej komunikatywny jest w języku ojczystym, czego dowodzą niejasności w jego przekazie ze spotkania Tuska z rodzinami ofiar smoleńskiej pułapki. Ale inaczej niż przy przeprosinach po rusku - Graś przekazu z tego spotkania wyemitować nie chce.

Spowiedź roku: Wajda w Pałacyku na wodzie ujawnia zaprzyjaźnione stację.



Większość co bardziej spostrzegawczych Polaków od dawna wiedziała, oglądając, czytając i słuchając na własne uszy i oczy gdzie i z jakim natężeniem sprzyjają ekipie Tuska, a gdzie flekują Kaczory i Pisiorów, ale co innego wiedzieć i przeczuwać, a co innego usłyszeć na własne uszy! I tego nam już nikt nigdy nie odbierze - dziękujemy Mistrzu!

Zdjęcie roku:



Kiedy już Naród postanowi rozliczyć "ich człowieka w Warszawie" ze wszystkich jego "dokonań", to zdjęcie może się jeszcze wtedy przydać. Mam nadzieję że za rok, ta żałosna postać zdobędzie w podobnym plebiscycie laur na jaki od ponad trzech lat pracuję. Ale o tym, po tym...

A na zakończenie: Życzę Wszystkiego Najlepszego w Nadchodzącym Nowym Roku wszystkim tym, którzy swoim głosem nigdy nie przyczynili się do tych wszystkich nieszczęść, które nas ostatnio spotkały.

A reszta? Niech ma to czego chciała i na co zasłużyła - w końcu wszyscy, do licha musimy kiedyś wreszcie wydorośleć! Nawet ci młodzi, zadłużeni z dużych miast.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Moralna propozycja

Rzecznik Rządu, a w szczególności pana Premiera Tuska, pan Paweł Gra… - o! przepraszam - pan Paweł Deresz orzekł w TVN 24, że on sobie nie życzy żeby to co on na spotkaniu rodzin ofiar smoleńskiej pułapki z Premierem mówił, przedostało się do publicznej wiadomości. On uważa że to co on tam mówił jest wyjątkowo intymne i - jak rozumiem jego tłumaczenie - on czuł by się bardzo zażenowany gdyby te jego słowa, które on na tym spotkaniu rzucił w tą pustą przestrzeń przed Premierem i dajmy na to ministrem Arabskim, albo nawet i minister Kopacz zostały opublikowane. Nie dla naszych, czyli społeczeństwa („… i kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, ja płacę… społeczeństwo”.) uszu te intymne wyznania pana Deresza.
Ja tam oczywiście nie zamierzam się z pana Pawła Deresza zanadto wyśmiewać, ale odrobinę jednak chyba muszę. I to akurat muszę wyjątkowo z tej przyczyny że mnie pan Paweł Deresz osobiście do tego sprowokował. Bo pan Paweł jakoś nie czuję się zażenowany robiąc kilka razy w tygodniu spektakularne tournée po wszelkich stacjach telewizyjnych i radiowych. Zdaję się że tylko w telewizji TRWAM i w Radiu Maryja go nie było, chociaż akurat dlaczego właśnie te media ominął to tego naprawdę nie rozumiem, bo jeśli wierzyć w jego własne słowa, że on także chce wyjaśnienia przyczyn katastrofy - to tam powinien być chyba w pierwszym rzędzie, a taki, dajmy na to TVN z powodzeniem mógłby sobie chyba odpuścić. I jakoś ani razu nie czułem w jego licznych ostatnio, medialnych wypowiedziach żadnego zażenowania, kiedy opowiadał swoją wersję zdarzeń z kancelarii Premiera. Skoro tak łatwo przychodzi mu opowiadane wszem i wobec co powiedziały panie Kochanowska z panią Gosiewską, to czemu tak bardzo się jednocześnie wzbrania przed odsłonięciem przed nami wszystkimi, tego co mówił on sam? Czyżby w jakiś sposób jego własne słowa niszczyłyby jego publiczny wizerunek jaki sobie właśnie kreuję? A tak na marginesie: po co mu jakikolwiek publiczny wizerunek? Czyżby liczył na jakąś medialno-polityczną karierę i ten wizerunek miałby być jego kapitałem na przyszłość? A czy w takim razie jego postawa względem obecnie rządzących i bycie w opozycji do innych rodzin ofiar smoleńskiej pułapki nie jest jakąś formą waluty, którą pan Paweł Deresz zamierza wydać w stosownym momencie?
Jeśli jest jak podejrzewam to tym bardziej niech pan Paweł stanie w prawdzie!
Może ktoś powiedzieć że to, co ja teraz tu piszę jest w jakiś sposób obrzydliwe, bo co ja wiem na temat tego co czują rodziny ofiar smoleńskiej pułapki, a poza tym jakie ja mam prawo osądzać kogoś kto zaznał takiej straty jak pan Paweł.
I znowu: trochę tak, a trochę nie. Z jednej strony osoby takie jak pan Paweł Deresz czy pani Ewa Komorowska, a z drugiej strony osoby takie jak pani Kurtyka, pani Gosiewska, pani Merta, pan Melak czy córka pana posła Wassermana, swoją medialną obecnością chciał/nie chciał wystawiają się na jakąś społeczną ocenę. I nic na to nie poradzę że w przypadku jednych widzę jakiś rodzaj koniunkturalizmu, a w wypadku drugich tytaniczną wolę dojścia prawdy i próbę oddania poprzez wyjaśnienie wszystkich przyczyn tego co się stało czci swoim bliskim, którzy musieli od nich odejść w tak dramatycznych i zagadkowych okolicznościach. I ja tą drugą postawę najzwyczajniej w świecie podziwiam. Nie chcę być tu za bardzo patetyczny, ale ja podziwiam w wypadku tych osób zarówno tą godność, którą one w tej podłej dla nich (ale i dla nas wszystkich, którzy uważamy że też straciliśmy osoby dla Polski arcyważne) sytuacji potrafiły zachować, jak i tą wręcz szaleńczą determinację, która musi się codziennie zderzać z tym czymś, czym stała się od jakiegoś czasu Polska pod rządami tej najgorszej z możliwych ekip i tego najgorszego jakiego można sobie tylko można wyobrazić Premiera - a teraz, do kompletu - i Prezydenta.
Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie w jakiś sposób - przynajmniej moim zdaniem -upoważnia do tego, że chyba mogę w tej sprawie delikatnie zabrać głos. Otóż pewne osoby, będące pasażerami feralnego Tupolewa były mi naprawdę bliskie, choć ani nie łączyły mnie z nimi żadne więzy krwi, ani nawet osobista znajomość. Po prostu dostrzegałem ogrom pracy, które te osoby wkładały w to aby Polska była krajem po prostu lepszym i uczciwszym. Dostrzegałem ich klasę, kompetencję, zapał, uczciwość, poczucie humoru i godność z jaką musieli czasem znosić chamstwo i impertynencję osób, które jak sądzę mają naszą Ojczyznę głęboko gdzieś.
I w tym kontekście ja też w jakiś sposób czuję się - być może zanadto samozwańczo i w pewien sposób chyba nawet dość bezczelnie - ale jednak, jak ktoś odrobinę z Rodziny.
I jako taki, mam dla pana Pawła Deresza i każdego, kto chciałby ewentualnie podnieść te same argumenty co on, taką oto propozycję: skoro jest słowo przeciwko słowu, a całą sytuację mogłoby wyjaśnić, zgodnie z sugestiami pani Małgorzaty Wassermann opublikowanie zapisu ze spotkania z Premierem, to niech kancelaria Donalda Tuska upubliczni tylko ten fragment, w którym doszło do wymiany zdań pomiędzy Premierem a panią Kochanowską. Mam nadzieję że chociaż wtedy, pan Deresz siedział cicho i nie będzie w związku z tym czuł się w żaden sposób odarty z intymności ujawnieniem nagrania. Sprawa się wyjaśni, właściwy Rzecznik Rządu przeprosi panie Kochanowską i Gosiewską oraz polskie społeczeństwo (jeśli mógłbym mieć małą prośbę to raczej wolałbym tym razem po polsku!), a następnie odda się do dyspozycji Premiera. Premier za ewidentną i kolejną z rzędu medialną wtopę zwolni go wreszcie z ewidentnie przerastającej go funkcji Rzecznika, w związku z czym zwolni się posada, na którą, (jak już wcześniej ustaliliśmy) jak nikt inny nadaję się pan Paweł Deresz, zaś pan Graś, w związku z tym że śniegu tej zimy chyba będzie naprawdę dużo, zajmie się tym za co ma dach nad głową, i do czego chyba zresztą ma największe kompetencję.
Jakie to proste! Trzeba tylko odrobinę pomyśleć.

wtorek, 30 listopada 2010

Nasza Klasa dla debili

Od kilku dni cały świat, a w tym i nasz „grajdoł” (copyright by: Bronisław Komorowski) podnieca się materiałami opublikowanymi przez tajemniczą grupę osób związaną z portalem WikiLeaks. Z tych „supertajnych”, „super-sensacyjnych” i „mających moc pioruna” materiałów możemy właśnie teraz się dowiedzieć że mąż Carli Bruni to groteskowy pajac, właściciel jednej czwartej Italii to balangowicz i dziwkarz, prezio Rosji to przeciętniak i miernota a nasza kochana ciotka Angela jest „teflonowa”.
Najciekawszą informacją dotyczącą tych wszystkich tuzów światowej polityki jest chyba ta, która każe nam widzieć w Putinie samca-alfa. Ja tam dokładnie nie wiem czym się charakteryzuję ten cały samiec alfa, ale jeśli tym że za nim, jak za panią matką chodzą pokornie inne samce i żrą mu prosto z łapy wszystko to, co on tam im w swej łaskawości zechce z tej łapy dać, to coś w tym może być.
Skąd wiem? Bo tych żrących z łapy Putina śmierdzące padliną ochłapy mam pod swoim bokiem aż nadto.

Jeśli by się dobrze zastanowić jaki sens miało opublikowanie tych wszystkich materiałów, to po niedługiej pracy zwojów mózgowych, można by się było pokusić o konkluzję że… żaden.
No bo czego my się znowu takiego sensacyjnego dowiedzieliśmy? Że Sarkozy to błazen? No przecież on był takim samym błaznem i tydzień temu, i dwa tygodnie temu i rok temu. Po ukazaniu się materiałów WikiLeaks nie stał się ani błaznem większym ani mniejszym.
Że Berlusconi to dziwkarz i hulaka? No przecież mogliśmy tą wiedzę mieć niejako z pierwszej ręki tzn. od jego byłej żony, kiedy ta, jakiś czas temu udzieliła tuż po rozwodzie (czy jeszcze przed? – nie pamiętam, bo i po co!) jakiejś włoskiej gazecie obszernego wywiadu na temat swojego męża i jego wszystkich słabości.
Tylko ten samiec alfa…? no to jest jakiś news, ale znowu bez przesady - to że Putin chciałby żeby go tak świat i Rosja postrzegały też wiemy od dawna – niby czemu miały służyć te różne sesje zdjęciowe, gdzie nasz gieroj się fotografował z gołą klatą na wierzchowcu, latał odrzutowcem, łowił w zimnej wodzie płocie na wędkę, robił lewatywę uśpionemu tygrysowi czy beształ kierownika masarni że kurczaki u niego są o pół rubla droższe niż w sklepie za rogiem? Wszystko to miało właśnie na celu pokazanie gawiedzi, że ich dobry car Putin to niekwestionowany przywódca stada i tego stada baran przewodnik. I gawiedź chyba w to wierzy i bez przeciękniętych materiałów z WikiLeaks, choć gdybym był złośliwy to bym tej gawiedzi powiedział, że ich samiec alfa na przesłuchaniu, dajmy na to u jego starszego kolegi po fachu - takiego choćby majora Różańskiego - darłby z bólu mordę jak niemowlak błagając o litość, kiedy tamten metodycznie jeden po drugim wyrywałby mu paznokcie czy przyciskał szufladą biurka jego samcze genitalia. Bo prawdziwego samca (alfa czy nie alfa)poznaję się w godzinach próby, a dla pułkownika Putina ta godzina jeszcze nie nadeszła. Choć na jego miejscu nie spałbym zbyt spokojnie, bo pod tą szerokością geograficznej w której przyszło mu grasować, zwykle jeden samiec alfa kończy swój nędzny żywot zupełnie nagle i znienacka, kiedy tylko na horyzoncie pojawia się samiec kolejny.




Ale jednak, ta pochlebna (co by o niej nie pisać) ocena Putina, rzuca nam chyba delikatny snop światła na charakter tej całej zadymy z publikacją tych wszystkich śmieci. Bo to są śmiecie! W tych wszystkich ścinkach nie ma nic wartościowego, a jeśli nawet jest, to jest to coś nie tyle może o czym wcześniej nie wiedzielibyśmy - gdybyśmy tylko chcieli to wiedzieć i zadalibyśmy sobie sami odrobinę trudu żeby do tej wiedzy dojść - ale raczej coś, co miałoby nam ułożyć w głowie pewną - jak to dzisiaj nam każe nazywać Eryk Mistewicz: narrację.
Jaka to narracja? Ano taka że polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych to szambo, i to szambo złożone z zupełnie nieudanych przedsięwzięć, niecelnych diagnoz i złego traktowania swoich partnerów i koalicjantów.
Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, wszystkie te skandalizujące materiały dotyczą jednej strony, tzn. wiemy co amerykańska dyplomacja sądzi o tym i o tamtym, ale… nic nie wiemy co ten i ów sądzi o jakimś polityku amerykańskim! A to stawia cały ten portal i ludzi go tworzących w ciekawym świetle! Nie chce być złośliwy, ale gdybyśmy dowiedzieli się z czyich pieniędzy finansowane jest utrzymywanie tych wszystkich serwerów, na których trzymane są te wszystkie „wycieknięte” pliki, to mogłoby się wtedy okazać że wszystkie pochlebne opinie o Putinie są już całkowicie odarte z tajemniczości.
Ale nie po to o tym wszystkim teraz przecież piszę, żeby ujawnić swoją niewiarę w to że ludzie związani z portalem WikiLeaks to jacyś niezłomni bojownicy o wolność słowa i prawdę w polityce. Wierzę, że każdy kto jakoś dotrze do tej mojej pisaniny i jeszcze te moje bajdurzenia przeczyta, sam o tym wszystkim świetnie wie. Natomiast jest dosyć oczywiste że w końcu zostaną ujawnione jakieś materiały dotyczące Polski i jej stosunków z Ameryką. I tu warto być może się będzie nad tym faktem na chwilkę zatrzymać. Już z tego co zostało ujawnione do tej pory, widać w jaką stronę pójdzie tłumaczenie przez różnej maści zaproszonych do studia „politologów” i „amerykanistów” tego co tych naszych stosunków dotyczy. Otóż okazało się, że Tarczy Antyrakietowej w Polsce nie ma i nie będzie bo ci wstrętni Amerykanie przefrymarczyli z Ruskimi „naszą Tarczę” za poparcie Rosji w sprawie Iranu! Źli Jankesi zdradzili polskiego sojusznika, który przelewa swoją krew w Afganistanie za ruskie srebrniki!
I tu jest być może cały sens tego co bym chciał tym swoim wpisem przekazać. Otóż myślę że wszystko, co jeszcze się z tej całej przeciekowej rozpierduchy na temat Polski pojawi należy odczytywać dokładnie à rebours do tłumaczeń tele-mądrali. I tak, w powyższym przykładzie z Tarczą: jądrem newsa jest nie to że, Jankesi przehandlowali z Ruskimi coś, co było dla nas ważne, ale to że Ruskim aż tak bardzo zależało, żebyśmy w jakikolwiek sposób militarnie nie byli związani z Ameryką, że aż - aby dobić targu w tej sprawie - gotowi byli pójść na układ z Amerykanami i ustąpić z czymś, w pewnym sensie w kluczowej dla nich sprawie irańskiej. Jeśli tak będziemy odczytywać te wszystkie śmieci publikowane przez mocno podejrzany portal, to przyznaję że część tych kwitów może być ciekawa. Ale pod tym jednym właśnie warunkiem: że będziemy myśleć samodzielnie. To może być dla miłośników „zaprzyjaźnionych stacji” trudne, ale przecież nie niemożliwe.

wtorek, 9 listopada 2010

Warto wiedzieć - a w mediach nie powiedzą...

...że Czarny Lud IV RP, którym do niedawna straszono małe dzieci i ich samotne matki, a od którego uwolnił nadwiślańską ludność jednym, zdecydowanym ruchem swojej czystej ręki sam Donald Tusk, czyli Mariusz Kamiński przekazał całe swoje zaległe, roczne dochody z CBA za pośrednictwem Caritasu na rzecz powodzian.
Kwota nie była mała bo wynosiła bez mała 128 tysięcy złotych, choć oczywiście w stosunku do potrzeb ludzi, którzy utracili nierzadko dorobek całego swojego życia jest kroplą w morzu potrzeb. Ale kroplą symboliczną i moim zdaniem wyjątkową. W każdym razie warto o tym wiedzieć i warto ten gest zapamiętać, a w żadnym TVN-ie o tym nie powiedzą. Więc mówmy sobie takie rzeczy sami bo czuję że one się nam mogą jeszcze kiedyś przydać.
Informację podaję za stroną Caritasu - link tutaj.
A poniżej publikuje zdjęcie, które kiedyś ukazało się w Rzepie pod świetnym tekstem Piotra Skwiecińskiego o Mariuszu Kamińskim. I to w jakiś sposób przejmujące zdjęcie, i sam tekst sporo moim zdaniem mówi nam o Mariuszu Kamińskim w kontekście tego gestu o którym tu do Was piszę.

czwartek, 21 października 2010

Terminator V – chaos w maszynowni.

Każde kolejne zdarzenie w Polsce, które biorą na tapetę „nasze” media sprawia, że coraz bardziej tęsknie do zamierzchłych czasów, gdy o tym że zezowaty Ignaś zrobił głupiej Zośce dziecko cała okolica potrafiła dyskutować przez, dajmy na to - osiem miesięcy. Akurat osiem, bo dziewiątego miesiąca (kiedy już dziecko przyszło na świat) okazało się że jest całe rude, a więc dla wszystkich we wsi stało się jasne że prawdziwym tatą malca jest raczej kowal Heniek, a nie zezowaty Ignaś, który był wypłowiałym blondynem, i na dodatek jąkałą. A ponieważ technologia in vitro nie była jeszcze na świecie znana nie tylko na skalę przemysłową jak teraz, ale nawet na skalę chałupniczą, to Heniek się dzieciaka wyprzeć fizycznie nie miał jak. I w całej okolicy gadało się przez kolejne dwa lata z małym okładem, o tym jak to kowalowa Wanda potraktowała Heńka glinianym dzbanem w ten jego rudy łeb. A Heniek przecież nie ułomek - o czym mogłaby zaświadczyć choćby i ta głupia Zośka, gdyby tylko ktoś chciał jej we wsi słuchać i gdyby tylko ona sama chciała o tym gadać. Ale na żadną taką gadkę Zośka wcale nie miała za dużej ochoty, będąc w końcu samotną matką stale zajętą wychowywaniem swojego synka, który po ojcu był rudy, a po matce głupawy.

Lata mijają i czas jakby zaczął płynąc wokoło znacznie szybciej. Niby zegary odmierzają sekundy tak samo jak dawniej i tak jak dawniej jest ich w każdej minucie wciąż sześćdzesiąt, ale jednak dzisiaj nikt tutaj nie dyskutuję o tym co się zdarzyło nie tylko osiem miesięcy wstecz, ale nawet jest duża grupa takich co by chcieli żebyśmy zapomnieli co się zdarzyło zaledwie pół roku temu. I coś mi mówi że działają na polskiej ziemi tacy zagraniczni fachowcy od trzech wymiarów, którzy potrafią sprawić że jedno aktualne zdarzenie potrafi przykryć kilka starszych na raz. I to takich z różnymi datami, a to już jest naprawdę robota dla orłów w swoim fachu. Właśnie dokładnie w dniu w którym minęła kolejna rocznica męczeńskiej śmierci błogosławionego ks. Jerzego, uzbrojony jak powiatowy Rambo osobnik wpadł do łódzkiego biura poselskiego PiS i zastrzelił serią z (nomen omen) Waltera asystenta europosła Janusza Wojciechowskiego, a innego asystenta, innego posła próbował zarżnąć nożem, zgodnie ze zbiorczymi wskazówkami udzielanymi via zaprzyjaźnione stację z jednej strony przez ministra Sikorskiego, a z drugiej przez biłgorajskiego obalacza małpek.

Po co o tym wszystkim piszę skoro i tak wszyscy wokoło nie mówią i nie piszą o niczym innym? Ano właśnie po to, żeby napisać teraz o czymś, o czym nikt nie piszę i nie mówi, bo „los” tak ładnie zesłał nam niejako wprost z peerelowskiej przeszłości tego dziwnego i zagadkowego terminatora.

Chciałbym teraz odrobinę pofantazjować. Załóżmy że jest niedziela 17 października i właśnie dowiedzieliśmy się że byłego wiceministra w rządzie PiS-u, śp. Eugeniusze Wróbla zabił z jakichś nieznanych nam powodów rodzinnych faktycznie jego syn. Załóżmy że mijają kolejne dni i nikt nie wiążę wiedzy jaką zabrał ze sobą do Nieba pan Wróbel, z faktem że ta wiedza byłaby niezwykle niewygodna dla wszystkich tych, którzy chcieliby bezproblemowego przyjęcia do wiadomości przez polską opinię publiczną tez zawartych w raporcie MAK, który właśnie lada moment ma przywieźć do kraju „nasz akredytowany” u Anodiny mędrek Klich. Załóżmy również że z jakichś powodów obchody kolejnej rocznicy mordu założycielskiego III RP (a przecież nawet jeszcze nie „okrągłej” – 25-tej) przebiegają kameralnie i przechodzą w mediach w miarę niezauważenie, nie narażając na estetyczną konfuzję wszystkich tych, którzy wstydzą się przed Europą i Światem obciachowej religijności Polaków kategorii B.
Pytanie: czy gdyby wszystko wyglądało tak jak to przedstawiłem powyżej, trzeba byłoby odpalać częstochowskiego śpiocha? Czy gdyby dziennikarze „Naszego Dziennika” nie opublikowali w poniedziałkowym wydaniu swojej gazety tekstu, w którym ujawnili jaką wiedzą dysponował śp. Eugeniusz Wróbel i tego że jego zdaniem wrak rdzewiejący na podsmoleńskim betonie nie jest wrakiem rządowej 101-dynki, Rambo z Częstochowy zacząłby mordować w Łodzi?
Może tak, może nie, ale chciałbym w tym momencie odesłać na chwilkę każdego kto doczytał moje wypociny aż do tego miejsca, do świetnego tekstu Nietoperza, który w zasadzie jest poślednio również i o tym czy moje powyższe bredzenie ma jakikolwiek sens. Tekst Nietoperza znajduję się TUTAJ, a ja chciałbym w tym miejscu zwrócić uwagę na taką ciekawostkę. Otóż przez pół roku od smoleńskiej pułapki, w sieci pojawiło się pewnie setki tysięcy wpisów na temat tego, co się tam tego feralnego ranka stało. Być może całej prawdy nie poznamy nigdy, ponieważ od samego początku ci, którzy trzymali w Polsce wszystkie nitki do sprawy robili co mogli żeby tą prawdę odepchnąć od nas jak najdalej. I to się im niestety udało. Ale na dwa podstawowe pytania, czyli czy to był wypadek czy zamach?, a jeśli zamach to „kto i po co?”, częściową odpowiedź - moim zdaniem - mamy już dzisiaj. I ta odpowiedź znajduję się w dwóch doskonałych tekstach, dwóch doskonałych blogerów. Jeden (bardzo niesprawiedliwie niedoceniony – może dlatego że zupełnie „nie sensacyjny”, a wręcz odrobinę trudny - trzeba troszkę liczyć), to właśnie zalinkowany powyżej tekst Nietoperza, a drugi to rewelacyjny (i jak najbardziej „doceniony” – próbowano go natychmiast usuwać z każdego miejsca w sieci, w którym się ukazywał, gdziekolwiek by to nie było!) słynny już tekst Łażącego Łazarza, który można przeczytać choćby TUTAJ.
Chciałem zwrócić jeszcze na sam koniec uwagę na ostatni aspekt łódzkiego morderstwa. Nie minęło od niego nawet pełne dwa dni, a już wszystkie departamenty fabryki propagandy pracują nieomal na trzy zmiany próbując na wszelkie możliwe sposoby zminimalizować ostrze tego zdarzenia, które ewidentnie godzi w aktualnie rządzącą partię. A skoro to co się zdarzyło godzi w Platformę i samego Tuska to jest jasne że to nie oni odpalili śpiocha. A skoro to nie oni, to znaczy że dla tych, którzy to zrobili Tusk jest osobą, którą można w razie czego spokojnie poświęcić. A skoro tak, to znaczy że całego interesu pilnuję już tak na prawdę ktoś zupełnie inny. Kto? Ja myślę że wiem, i myślę że nie trzeba być jakoś szczególnie bystrym żeby się tego domyślać. Oczywistą i widoczną już nieuzbrojonym okiem linią obowiązującą w zaprzyjaźnionych stacjach i redakcjach jest teza że, był to jednostkowy czyn szaleńca nakierowany na „szeroko rozumianą klasę polityczną” a nie tylko na PiS i samego Jarosława Kaczyńskiego. Stąd nazwisko Leszka Millera wymieniane w kontekście jeszcze jednego na liście do odstrzału i cała legenda o kilkunastodniowych przygotowaniach i pielgrzymce mordercy na Krakowskie Przedmieście i Rozbrat. Czy lemingi to kupią? Teoretycznie nie powinni, bo wszyscy w Polsce mieli okazję usłyszeć na własne uszy kogo zabiłby - gdyby tylko miał lepszą broń – zaprogramowany cyborg z Częstochowy. Ale praktycznie, już widać po internetowych forach, że niedocenianie podatności lemingów na kit do duży błąd – oni są w stanie łyknąć naprawdę wszystko! Proszę sobie przypomnieć choćby komisję hazardową i tego niewiarygodnego przewodniczącego Sekułę! Czy ktoś normalny głosowałby na partie mającą w swoich szeregach takiego tępego, partyjnego tłuka? Jakieś wątpliwości? A wersja o tym że mogło paść na każdego, bez względu na przynależność partyjną będzie wtłaczana do mózgownic elektoratu PO na tzw. „wydrę”, o czym świadczył wczorajszy mini-felieton na zakończenie TVN-owskich „Faktów”. Otóż walterownia nakreśliła w nim ni z tego, ni z owego sylwetkę Wolfganga Schäuble’a. Ten niemiecki polityk CDU 20 lat temu został postrzelony przez chorego psychicznie mężczyznę. Od tego czasu Schäuble jeździ na wózku, ale do polityki po długim leczeniu wrócił. To tak, ku pokrzepieniu serc – nie tylko w Polsce - kochane lemingi - strzelają do polityków, i nie zawsze trafiają na śmierć – czasem można się jako-tako wylizać, i nawet w jakiś czas po zamachu przyjechać na Wiejską na wózku inwalidzkim. Prawda że budujące?

środa, 13 października 2010

Gnijemy

Najgorzej jest wtedy gdy wszyscy piszą o tym samym. Zawala się chodnik w jednej z kopalń, giną ludzie – piszemy. Z autostrady wypada autokar, giną ludzie – piszemy. Pod naporem śniegu zawala się dach, giną ludzie – no to piszemy.
Za każdym razem, w zależności od tego komu kibicujemy na politycznym froncie, winien jest albo Tusk, albo Kaczyński, albo Miller, albo Kwaśniewski, albo Schetyna, albo Dorn…

Znowu zginęło mnóstwo osób więc znowu piszemy. My (blogerzy) piszemy mniej więcej tak jak zwykle – dokopując tym lub tamtym, w zależności od naszych sympatii politycznych. Ale w głównych mediach, tym razem da się delikatnie wyczuć pewien nowy element w odniesieniu do wczorajszej katastrofy. W tym konkretnym przypadku, w jakby większym stopniu niż zazwyczaj całkowitą winę za tragedię próbuję się zwalić na kierowcę busa. Niby jest dla przyzwoitości jakieś nieśmiałe wtrącenie tu i tam o złym stanie dróg, o złych procedurach, o braku kontroli na drogach (o to, to – brak kontroli na drogach! To jest naprawdę nośne: pamiętacie te podśmiewajki Tuska z Jarosława Kaczyńskiego o braku prawa jazdy i radarach? No to policzmy te radary wtedy i teraz!) i niedociągnięciach w policji, ale każda, nawet najbardziej tępa dziennikarska ciura widzi, że tym razem należy szczególnie uważać i bardzo ważyć słowa. Bo tym razem, a może dopiero następnym – nikt dokładnie nie wie kiedy – może nastąpić coś, co się kiedyś w żołnierskim slangu (w czasach, w których przyszło mi odsługiwać jaruzelszczyznę) nazywało: zaskokiem.
Otóż w pewnym momencie, w społeczeństwie może dokonać się właśnie taki „zaskok” i może ono wreszcie zauważyć coś – co dla kogoś kto ma na oczach i uszach wytworzony jeszcze za urzędowania Jerzego Urbana szczelny filtr na tanią propagandę - jest widoczne już od samego początku rządów obecnej ekipy: Polska gniję.
W tym miejscu warto może, żebym napisał że ja nie jestem zaskoczony. W ogóle.
Nie jestem zaskoczony że jest źle, bo niczego dobrego się po tych, którzy tak bezpardonowo atakowali poprzedni rząd nie spodziewałem. Natura tych ataków, ich intensywność, brak poszanowania jakichkolwiek reguł w krytyce oraz szeroki front sprzymierzeńców w przeróżnych środowiskach przeżartych korupcją, ogólnym skurwieniem, brakiem lustracji i zachłannością w odzieraniu Polaków zarówno z godności jak i owoców ich pracy, stanowiła dla mnie stuprocentową gwarancję że kiedy już ci ludzie dorwą się do władzy to kamień na kamieniu nie zostanie. Ale nawet będąc takim sceptykiem, nie spodziewałem się że to pójdzie tak mocno, tak szybko i tak głęboko. A poszło.
Pamiętam że kiedy Ludwik Dorn, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia w 2005 roku zainicjował taką akcję wyprowadzenia policjantów z komisariatów, aby zamiast siedzieć przy biurkach i zajmować się niepotrzebną papierologią zajęli się lepiej łapaniem kieszonkowców po marketach, to obsługujący polityczny festyn dziennikarze nie za bardzo wiedzieli jak to ugryźć. Bo niby jak i czym tu przysolić w pisowskiego ministra, skoro w sumie taka akcją ma sens i raczej się społeczeństwu spodoba? Jakieś pojedyncze próby ośmieszenia Dorna za ręczne sterowanie policją tu i tam się sporadycznie pojawiały, ale raczej jeszcze nieśmiałe i bez impetu. Podobnie było z akcją oczyszczania dachów ze śniegu po katastrofie w Katowicach. Nie było punktu zaczepienia. Dopiero kiedy Dorn spróbował wyegzekwować państwowe powinności od lekarzy z użyciem słynnego zdania o wzięciu ich w kamasze można było zacząć prawdziwą corridę. No i się zaczęło. Zaczęło tak mocno że właściwie do dzisiaj trwa, choć od ponad trzech lat rządzi już zupełnie ktoś inny, a i sam Dorn już jest politycznie gdzie indziej. Ale rozkazu żeby walić w PiS, Kaczyńskich i wszystko co może się z nimi kojarzyć nikt przecież nie cofnął. Nawet to że jest o jednego Kaczyńskiego mniej nikomu nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie – całą żółć wylewaną kiedyś na dwóch, teraz skierowano tylko na jednego.
Nie od rzeczy tu przypominam tego Dorna i te jego wszystkie akcję, takie jak tą polegająca na wyprowadzeniu policjantów zza biurek, czy sprawdzaniu czy administratorzy budynków zrzucają śnieg z dachów obiektów które mają pod swoją pieczą. Otóż, w 2005 roku po raz pierwszy od dwudziestolecia międzywojennego rządziła w Polsce ekipa, która miała w sobie zaimplementowany gen państwowców. Wraz z nadejściem rządów PiS oraz początkiem prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego nastała krótkotrwała era państwowego urzędnika rozumianego jako tego, którego cały sens istnienia jest zamknięty w służeniu Polakom i poprawianiu funkcjonowania Państwa. Przyzwyczajonej do prywaty i wszechwładzy, postsowieckiej biurokratycznej hydrze nie mogło się to spodobać i oczywiście nie spodobało. Hydra gdzie tylko mogła i czuła się na siłach, tam wściekle walczyła z tak bardzo zapomnianą że aż już obcą filozofią funkcjonowania Państwa. W miejsce kolejnych łbów odrąbywanych podczas walki z prywatą i korupcją odrastały nowe, jeszcze bardziej bluzgające zgnilizną w PiS, Kaczyńskich i każdego kto choćby tylko zdawał się z nimi sympatyzować. A tak już jest na tym świecie, że jeśli pojawi się na horyzoncie ktoś kto dostatecznie jasno i dokładnie sprecyzuję swoje credo, natychmiast pojawią się ci wszyscy, którzy siedzieli dotąd cicho w swoich kątach myśląc że podjęcie walki jest bez sensu bo są sami na tym świecie. Wystarczyło tylko zauważyć że nie jest się samemu żeby się ocknąć i zacząć działać. Nie pamiętam za którego to było Cesarza Rzymu, ale podczas jednego z posiedzeń rzymskiego senatu pewien senator rzucił propozycję żeby każdy niewolnik nosił specjalny znak naszyty na swojej szacie. Propozycja bardzo się wszystkim spodobała bo była z gatunku tych: porządkujemy świat żeby wszystko było jasne i proste. I wtedy jeden z bardziej bystrych senatorów wstał i zadał przytomne pytanie: czy wy sobie wyobrażacie co się stanie kiedy oni zobaczą ilu ich naprawdę jest? Otóż to – trzeba się było policzyć! (paradoksalnie zapachniało klasykiem: Panowie, policzmy głosy…). Właśnie w taki sposób wyszli z cienia i pojawili się na polskim nieboskłonie ludzie tacy jak choćby śp. Janusz Kurtyka, śp. Janusz Kochanowski, śp. Aleksander Szczygło, śp. Władysław Stasiak, Witold Waszczykowski, śp. Sławomir Skrzypek czy setki innych. Żaden z nich przecież nie był członkiem PiS-u choć w świadomości społecznej już zawsze będą uchodzić za „pisowskich” – śmiem twierdzić że podświadomie ludzie klasyfikować ich będą po stronie PiS-u właśnie przez wzgląd na ich postawę urzędniczą. Nawet ci, którzy z PiS-em walczą w imię zupełnie atawistycznie pojmowanego interesu klanowego a nie państwowego, myślą o nich jako o pisowcach właśnie w ten sposób. Śp. Janusz Kurtyka, który na stanowisko szefa IPN-u był wysuwany i popierany przez środowisko krakowskiej Platformy (!), potem był atakowany najwścieklej właśnie przez platfusów jako już pisowski Prezes, tylko dlatego że okazał się wierny prawdzie i swoim przekonaniom, i nigdy nie uległ kastowym naciskom kapusiów i ich kumpli. Zaiste, w tym świetle i w tym towarzystwie „pisowiec” to brzmi naprawdę dumnie!
Ale nastała w końcu chwila kiedy spadł ten feralny Tupolew i pojawiła się dla restauratorów starego porządku realna szansa na odzyskanie wszystkich osieroconych przyczółków. Wtedy policzyli się też i ci z drugiej strony cywilizacyjnej barykady. Proszę zwrócić uwagę na to, kogo wciąga na swój dwór nowy Prezydent. Cały szpaler styropianowych „herosów” ze stajni dawnych „staliniątek” - jak to środowisko ironicznie nazywa nieoceniony w takich przypadkach Michalkiewicz - gotowych świadczyć wszem i wobec że Polska zdaję kolejne egzaminy ze swojej suwerenności, że zgoda buduję i że wszystko jak zwykle idzie w dobrym kierunku. Każdą wątpliwość należy natychmiast odkreślić grubą kreską, wątpiących zakwalifikować jako umysłowo chorych (okazuję się że już są testowane zamknięcia w psychuszkach – świeża przyjaźń z Putinem wydaję i u nas swoje realne owoce!) a zamiast dumy z bycia Polakami powinniśmy być dumni z tego że nareszcie dobrze o nas piszą w Moskwie i Berlinie. A co nam zostanie, kiedy już opadnie propagandowa mgła wytworzona przez medialną maszynkę do wciskania kitu? Równe kilometry darmowych autostrad? Nowoczesne lotniska, dobrze funkcjonujące szpitale i stocznie produkujące nowoczesne statki? Dobra i nowoczesna Armia, która nas obroni w razie czego? Czy może tylko kilka Orlików i wyciąg Sobiesiaka w Zieleńcu?
Polska gniję, a obficie podlane krwią katastrofy takie jak niedawny upadek Casy, smoleńska pułapka, dwie fale powodzi w ciągu jednego roku czy wczorajsza kraksa to widoczne wykwity tego procesu. Coś takiego jak wysoka gorączka podczas przechodzenia grypy. Oczywiście nie jest tak że los nie doświadcza raz na jakiś czas w ten czy inny sposób, ale charakter tego co się w Polsce dzieję, częstotliwość oraz skala zjawisk noszą wszelkie znamiona tego co śp. ksiądz Bronisław Bozowski określał jako ZNAKI. Trzeba tylko umieć je czytać, ale i z tym może być problem, zważywszy na obecny format polskiego duchowieństwa. Cofnęliśmy się jako społeczeństwo cywilizacyjnie i duchowo przez ostatnie trzy lata o kilka dekad do tyłu, tylko że teraz być może jest nawet gorzej niż za czarnej komuny, bo chyba nawet na Kościół nie ma co liczyć, a propagandowa technologia poszła mocno do przodu.

czwartek, 7 października 2010

Ten pan już nikomu kadzidełka nie sprzeda.

Pamiętacie tą słynną konferencję Ziobry? A właściwie to nie samą konferencję, ale wszystko to co się rozpętało zaraz po niej?
Ja pamiętam. Pamiętam też pewien rodzaj swoistej satysfakcji spowodowanej tym, że jeszcze jedna grupa wyjętych spod prawa świętych krów naszego neopeerelu może w narastającym strachu poczuć zimne kropelki potu spływające po plecach.
Dzisiaj rano, Cezary Michalski - komentujący w radiowej Trójce wydarzenia ostatnich kilkunastu godzin - zapytany przez prowadzącego redaktora o wczorajszy sejmowy show Tuska całkiem przytomnie porównany do pamiętnego wystąpienia Ziobry, powiedział coś w tym stylu: Ziobro użył swojej władzy do walki z Bogu ducha winnym przedstawicielem zacnego środowiska lekarzy, natomiast Tusk próbuję dobrać się do tyłka prawdziwym gangsterom, i z tego powodu sympatia gminu winna stać bezwzględnie po stronie maga z Kaszub.

Jakoś nie mam ostatnio szczęścia do bycia w głównym nurcie społecznych emocji. Od kilku lat całkowicie rozmijam się w swoich ocenach rzeczywistości z tym, co o danej sprawie sądzą moi Rodacy. Jeśli bowiem Michalski ma rację (a w tym wypadku faktycznie w odniesieniu do sympatii gminu może ją mieć – co samo w sobie już warte jest odnotowania, bo to modelowy wprost przykład typa który na mojej ulubionej, warszawskiej Pradze jest określany pogardliwym mianem: cwana gapa) to jest to dowód tego że w Polsce AD 2010 sprawy mają się naprawdę źle. Oczywiście nie jest tak że na zasadzie bycia w opozycji do lemingów swoją sympatię automatycznie ulokowałem w „królu dopalaczy” – mam o tym młodym człowieku określoną opinię i nie jest to opinia, która by mu się podobała - gdyby tylko założyć że on w ogóle się przejmuję tym co kto sobie o nim myśli. Notabene, myślę że miano „król dopalaczy” zostało mu nadane przez żurnalistów raczej bezpodstawnie i mocno na wyrost – jak dla mnie jest to klasyczny, tzw. „słup” – gość, który robi to co robi tylko i wyłącznie za cichym przyzwoleniem tych sił, które w swoich doskonałych felietonach Stanisław Michalkiewicz określa zagadkowym, ale dla domyślnych dosyć precyzyjnym mianem „starszych i mądrzejszych”. Proszę sobie przypomnieć los innego „króla” a mianowicie króla kantorów Aleksandra Gawronika. Kiedy już przeprał to co tam miał do przeprania i można go było wreszcie ku uciesze gawiedzi spektakularnie osadzić tam gdzie jego miejsce, natychmiast okazało się że cały jego mityczny majątek to jakieś marne ochłapy. W jednej sekundzie z miejsca w pierwszej setce „Wprostu” znalazł się w okolicach nieco ponad „średnia krajowa”. Gdzie się podział mityczny majątek króla kantorów? Ja nawet chyba wiem kogo by trzeba o to spytać, ale tego tutaj nie zdradzę bo ufam że piszę te swoje pisanki do ludzi inteligentnych. Teraz jest pewnie podobnie: kiedy „król dopalaczy” się starszym i mądrzejszym już znudzi i będzie go można zastąpić kolejnym cudownym dzieckiem rodzimego biznesu, pewnego dnia przyjdą po niego smutni ludzie i osadzą go tam gdzie wcześniej osadzono innych - jemu podobnych - a całym łupem aparatu fiskalnego Państwa będzie pewnie tylko to jego słynne już Porsche czy inne Ferrari. Owiany gminną klechdą bajeczny majątek rzutkiego biznesmena z Łodzi gdzieś się jakoś sprytnie zapadnie pod ziemię, a my sobie tutaj z Czarkiem Czerwińskim znowu inteligentnie podywagujemy o wyższości teorii czarnych dziur nad teorią brązowych karłów.
Ale wracając do meritum czyli do porównania obydwu omawianych przypadków. Otóż będący wtedy ministrem sprawiedliwości Zbigniew Ziobro (to ważna różnica! – Tusk jest premierem a rolą premiera nie jest uganianie się za dilerami używek – ma od tego swojego człowieka: ministra sprawiedliwości właśnie!) poważył się dokonać czynu z jednej strony heroicznego, a z drugiej wręcz samobójczego. Po pierwsze, postanowił naruszyć korupcyjny fundament funkcjonowania jednego z najbardziej skurwionych środowisk w Polsce, czyli środowiska medycznej szlachty, a po drugie – wiedząc jakie jest nastawienie do PiS-u i niego samego innego (równie jak medyczne, skurwionego do imentu) środowiska dziennikarskiego - nie zawahał się jednak tego zrobić. Za to należy mu się zwyczajny, ludzki szacunek i pamięć potomnych. Dobrze by było żeby do tych moralnych apanaży dołączyła kiedyś zwyczajna, materialna przychylność wyborcza, ale z nią bywa u nas różnie bo tą kreują w naszej neopeerelowskiej mediokracji oczywiście media, no a media… sami wiemy jak jest.
No więc co zrobił wczoraj Tusk? Tusk, wczoraj zrobił dokładnie to za co Ziobrę ciąga się od trzech lat po sądach i sejmowych komisjach śledczych, ale on to zrobił z jednej strony tylko i wyłącznie dla taniego poklasku wyborczej tłuszczy, po drugie może spać spokojnie jeśli chodzi o medialną klakę (np. wspomniany wyżej Cezary Michalski! – brawo, cóż za wyczucie chwili!), a po trzecie wreszcie ( i najważniejsze ) to co robi Tusk jest całkowicie sprzeczne… z polskim prawem!
Właśnie tak!
Szef polskiego Rządu steruję ręcznie walką z legalnie funkcjonującymi na rynku handlarzami legalnych używek (tak, tak – te słynne „materiały kolekcjonerskie” funkcjonują na naszym rynku zgodnie z ustanowionym na Wiejskiej prawem!), zamiast zająć się taką zmianą odpowiednich aktów prawnych, aby samoistnie i lege artis zniknęli oni z rynku. I robi to z pogwałceniem co najmniej kilku kanonicznych zasad prawa rzymskiego będących podstawą cywilizacyjną białej rasy! Najgorsze że robiąc to, sprawia że osoby takie jak ja - czyli osoby mocno przywiązane do czegoś co jest podstawowym poczuciem praworządności - muszą zając w tym sporze stronę ludzi o naprawdę wątpliwym ciężarze moralnym.
A już na sam koniec - czy nikomu nie przyszło do głowy pytanie: skąd się wzięły w obiegu publicznym te przytaczane wyżej „artykuły kolekcjonerskie”? W amerykańskich filmach, gdy widzimy scenę zasłabnięcia jakiejś osoby w dużym skupisku innych osób, zawsze się znajdzie ktoś kto zakrzyknie: czy jest na sali lekarz?! Życie takiego nieszczęśnika zależy wtedy od tego czy ktoś się odezwie i potwierdzi faktyczne posiadanie stosownych papierów i umiejętności.



Polska od trzech lat zdycha w mękach na oczach zdezorientowanego i otumanionego społeczeństwa, a ja się pytam: czy jest na sali choć jeden uczciwy dziennikarz? Taki, który by się zainteresował w tym momencie zagadką: kto i kiedy wprowadził do naszej rzeczywistości prawnej nowe „lubczaspopisma”, czyli te kuriozalne „artykuły kolekcjonerskie”?
Czy oczekuję zbyt wiele?