Jeden z dwóch Muppetów prowadzących jeszcze do niedawna rozsławiony głównie tzw. „taśmami Beger” program „Teraz My” ma od kilku dni w TVN 24 swój nowy program. Jak mi się zdaję, walterownia postanowiła wskoczyć w lukę, jaka się pojawiła kiedy platformerski dworak obejmując we władanie telewizję publiczną wykosił z niej Anitę Gargas razem z jej sztandarowym programem „Misja specjalna”. Gargas musiała zapłacić wysoką cenę za wyemitowanie zdjęć na których cała Polska mogła zobaczyć jak tępy, ruski osiłek zaciera ślady smoleńskiej pułapki za pomocą łoma i szlifierki kątowej. Jak przystało na rasową dziennikarkę i uczciwego człowieka musiała zapłacić więc zapłaciła. Tak to już jest wśród porządnych ludzi że oni zawsze płacą swoje rachunki.
Czy Tomasz Sekielski musi płacić komuś jakieś rachunki to ja oczywiście nie wiem, bo i skąd? Faktem jednak jest że wielokrotnie mieliśmy przez ostatnie kilka lat okazję zobaczyć że jego dziennikarstwo sprawiało wrażenie - delikatnie rzecz ujmując – dziennikarstwa usługowego. Oczywiście, jeśli człowiek chce sprawiać wrażenie obiektywnego, to czasem musi przyłożyć raz temu, raz owemu, ale jeśli się tylko dysponuję w stopniu choćby tylko podstawowym jakąś odrobiną zmysłu obserwacji i jako takim aparatem pojęciowym przydatnym do choćby tylko powierzchownej zdolności wyciągania w miarę słusznych wniosków, to łatwo się wtedy zauważy że Tomasz Sekielski należy do tej kategorii dziennikarzy, którzy - jak to się potocznie mówi - wiedzą z której strony jest posmarowany chlebek.
Taki też jest jego nowy program. Z tego co zdążyłem się zorientować, w swoim nowym programie pan dziennikarz będzie rozkładał medialne razy. Raz temu, raz tamtemu – zgodnie ze świętą w polskim dziennikarstwie zasadą zawodowego obiektywizmu. Raz przyłoży celnym felietonem, innym razem sfilmuję ukrytą w spince od krawata kamerką, a jeszcze innym podsłucha za pomocą mikrofoniku markującego tanią, chińską zapalniczkę i tak to będzie szło. Będzie tak sobie szło w myśl tej słynnej dykteryjki, ułożonej przez naszych rodaków potrafiących każdą plagę która na nich spadnie zamienić natychmiast w groteskowy dowcip. Otóż zaraz po ogłoszeniu podwyżek cen żywności przez niezapomnianego towarzysza Wiesława, kiedy się okazało że od nowego roku wszystkie artykuły żywnościowe takie jak: cukier, mąka, mleko, nabiał, pieczywo, mięso itp. oraz koszty wszystkich nośników energii od energii elektrycznej, poprzez benzynę aż po gaz w kuchenkach - drastycznie podrożeją - żeby jakoś w tej komuszej nędzy nie zwariować, lud pracujący miast i wsi śmiejąc się przez łzy, tłumaczył to wszystko sobie tak, że co prawda wszystkie te wymienione produkty będą znacznie droższe, ale za to potanieją spinacze biurowe i lokomotywy.
Mniej więcej tak wygląda nowy program Sekielskiego. W jednym odcinku skrytykuję bezosobowy „system” pokazując kilka młodych, pięknych dziewczyn skazanych przez tenże bezwzględny „system” na pewną śmierć z powodu braku w Polsce pewnych procedur leczniczych i ich finansowania, a w następnym zaś zajmie się drobiazgowo… grzebaniem w samym środku mózgu Jarosława Kaczyńskiego!
Z programu o braku chemii niestandardowej widz ma wynieść wrażenie że Sekielski „wali w Rząd” (ale konkretnie w kogo? W Kopacz? W NFZ? W Boniego? W Rostowskiego bo schował kasę i nie chce powiedzieć gdzie? – tego się z programu niestety nie dowiemy) zaś z programu o pokrętnej psychice Jarosława Kaczyńskiego widz wysnuję jeden, jedyny (ale za to słuszny) wniosek że Jarosław Kaczyński się do polityki nie nadaję „bo ma traumę”.
Kiedy jakiś czas temu - ale niestety już po wyborach prezydenckich - wyszło na jaw że rodzice naszej Pierwszej Damy poznali się i zakochali bez pamięci w sobie pracując oboje w Urzędzie Bezpieczeństwa, na nieśmiałe próby co uczciwszych dziennikarzy (ja się o tym dowiedziałem na blogu nieocenionego Stanisława Michalkiewicza) podania tej informacji do publicznej wiadomości, podniosły się oburzone głosy że nie ma żadnego powodu grzebać w rodzinnych sprawach małżonki głowy państwa i że to nie ma dla „naszej młodej demokracji” żadnego znaczenia gdzie kilkadziesiąt lat temu pracowali rodziciele naszej dzielnej druhny Ani.
Może ma, może nie ma, ja bym jednak obstawał przy zdaniu że w trochę starszych demokracjach pewnie byśmy o tym fakcie wiedzieli jednak przed wyborami, a zadbali by o to właśnie nie kto inny jak dziennikarze. Przypomniała mi się też wtedy natychmiast, jak zwykle niesłychanie dowcipna wypowiedź naszego nowego Prezia o tym, że on swoją prace magisterską napisał bodajże w tydzień i pomagał mu w jej napisaniu teść. Ja swoją, jak sobie teraz ledwo przypominam pisałem kilka miesięcy, ale ja nie miałem takiego zdolnego teścia, a i sam nie jestem taki zdolny, więc i pewnie prezydentem nie zostanę. Trochę mnie korci jednak żeby się dowiedzieć o czym była ta praca, bo skądinąd (z Wikipedii? Może i z Wikipedii – nie pamiętam) wiem że nasz miłośnik bigosu i arbiter kobiecej urody jest magistrem historii. A więc była to zapewne jakaś niesłychanie interesująca praca z historii. Ciekawe jaki okres historyczny obejmowała, skoro tak to szybko pod kierunkiem teścia z UB poszło.
I teraz, po tym wczorajszym programie Sekielskiego tak sobie jednak myślę że skoro można grzebać bezkarnie w głowie Jarosława Kaczyńskiego (który nie dość że nie jest teraz już premierem ale nawet nie został też prezydentem), żeby odnaleźć w niej najdrobniejsze choćby ślady traumy po śmierci ukochanego brata, to może jednak można i wręcz wypada zająć się teściami - jakby nie było urzędującego Prezydenta?
Panie Tomku, pogrzebie Pan? Żebyśmy to mieli wreszcie czarno na białym…
piątek, 21 stycznia 2011
środa, 19 stycznia 2011
Jak nam Edmund Klich wybrał prezydenta.
Na portalu TVN 24 opublikowano ciekawy wywiad z Edmundem Klichem. Ja wiem że to co napisałem może być dla niektórych czytających lekko kontrowersyjne ponieważ „nasz akredytowany” raczej jest znany z tego że przed południem u Kuźniara mówi coś innego niż późnym wieczorem u Stokrotki, zaś następnego dnia u Rymanowskiego zaprzecza temu wszystkiemu co mówił wczoraj, lecz jednak zachęcałbym do jego przeczytania.
Po za tym, że w większej części tego wywiadu „nasz akredytowany” mówi tak jak wszędzie indziej - czym nas zresztą chyba mocno przyzwyczaił do tego żeby go zbyt serio nie traktować - to jednak pod sam jego koniec znajdziemy coś bardzo moim zdaniem ciekawego. Coś, co pewnie wielu czytającym mogło nawet umknąć w tym całym informacyjnym szumie, którego chyba celowym emitentem jest pułkownik Klich. Otóż z wypowiedzi naszego speca od lotniczych katastrof ja osobiście wyciągam taki oto wniosek (wyrażony nieomal literalnie wprost!!!) że pomiędzy pierwszą i drugą turą wyborów prezydenckich pułkownik Edmund Klich był w posiadaniu wiedzy, która mogła przesądzić o wyniku wyborów zdecydowanie na niekorzyść człowieka tłumaczącego prominentnym Amerykanom co to jest bigos.
Przesadzam?
A jak to rozumieć?
„(…) - Znalazłem się w środku tego rabanu. Zdawałem sobie oczywiście sprawę, że niektóre moje wypowiedzi dotykały polityki, ale – proszę mi wierzyć – nigdy nie chciałem wpływać na bieżące życie polityczne.
A mógł Pan?
- Były sytuacje zwrotne, bardzo trudne dla mnie. Być może moje zdecydowane działanie w jednej z nich mogło wpłynąć na polityczny obrót spraw w naszym kraju. Chodzi o sytuację między turami wyborów prezydenckich.
O jakiej sytuacji Pan mówi?
- Chodzi o jedną sytuację między turami wyborów prezydenckich. Moje działanie, gdybym się zdecydował, mogło wpłynąć na dalszy ich przebieg. Nie chciałem jednak tego robić. Koniec tematu.”
Całość tutaj: http://www.tvn24.pl/0,1686794,0,1,w-smolensku-bylo-badanie-w-moskwie-zaczela-sie-polityka,wiadomosc.html
Po za tym, że w większej części tego wywiadu „nasz akredytowany” mówi tak jak wszędzie indziej - czym nas zresztą chyba mocno przyzwyczaił do tego żeby go zbyt serio nie traktować - to jednak pod sam jego koniec znajdziemy coś bardzo moim zdaniem ciekawego. Coś, co pewnie wielu czytającym mogło nawet umknąć w tym całym informacyjnym szumie, którego chyba celowym emitentem jest pułkownik Klich. Otóż z wypowiedzi naszego speca od lotniczych katastrof ja osobiście wyciągam taki oto wniosek (wyrażony nieomal literalnie wprost!!!) że pomiędzy pierwszą i drugą turą wyborów prezydenckich pułkownik Edmund Klich był w posiadaniu wiedzy, która mogła przesądzić o wyniku wyborów zdecydowanie na niekorzyść człowieka tłumaczącego prominentnym Amerykanom co to jest bigos.
Przesadzam?
A jak to rozumieć?
„(…) - Znalazłem się w środku tego rabanu. Zdawałem sobie oczywiście sprawę, że niektóre moje wypowiedzi dotykały polityki, ale – proszę mi wierzyć – nigdy nie chciałem wpływać na bieżące życie polityczne.
A mógł Pan?
- Były sytuacje zwrotne, bardzo trudne dla mnie. Być może moje zdecydowane działanie w jednej z nich mogło wpłynąć na polityczny obrót spraw w naszym kraju. Chodzi o sytuację między turami wyborów prezydenckich.
O jakiej sytuacji Pan mówi?
- Chodzi o jedną sytuację między turami wyborów prezydenckich. Moje działanie, gdybym się zdecydował, mogło wpłynąć na dalszy ich przebieg. Nie chciałem jednak tego robić. Koniec tematu.”
Całość tutaj: http://www.tvn24.pl/0,1686794,0,1,w-smolensku-bylo-badanie-w-moskwie-zaczela-sie-polityka,wiadomosc.html
czwartek, 13 stycznia 2011
Odwet
Każda sytuacja w jakiej stawia nas życie wymaga od nas podejmowania decyzji. Najlepiej racjonalnych, podejmowanych możliwie pod najmniejszym wpływem emocji, a jak największym rozumu i chłodnej kalkulacji.
Na całe szczęście, jeśli tylko jesteśmy odpowiednio mocno ludźmi, to większość naszych decyzji jest podejmowana pod wpływem jakiegoś miksu tych dwóch czynników, dzięki czemu nasze życie jest barwne, ekscytujące i - zwyczajnie po ludzku - do zniesienia. Zaryzykowałbym tezę że gdyby większość ludzi - bądź (o zgrozo!) - wszyscy, podejmowali swoje życiowe decyzję tylko pod wpływem zdrowej kalkulacji i rachunku ewentualnych zysków i strat, życie na ziemi stałoby się piekłem.
Czy mam na to jakiś dowód? Nie, twardych dowodów nie mam, bo na takie rzeczy nigdy nie ma się twardych dowodów. Ale są przesłanki żeby tak sądzić i czasem życie dostarcza nam dowodów „miękkich”. Wczoraj dostaliśmy taki miękki, oślizły dowód od naszych nowych przyjaciół.
Pani generałowa Anodina wraz ze swoim personelem naziemnym, pokazała nam wszystkim wczoraj jak wygląda życie na ziemi, kiedy każdą decyzję podejmuję się z kalkulatorem w ręku. Rachunek zysków i strat jest po tym pokazie porażająco jednostronny. W księgowej tabelce po stronach „winien” i „ma” nic się nie przenika: każda strona ma swoją przegródkę i żaden chaos się tam nie wkrada – wszystko jest z punktu widzenia diabelskiej maszynerii jak należy. Zresztą od początku było, ale wiadomo: w biurokracji obieg dokumentacji musi trochę potrwać, a dziewięć miesięcy jest wręcz symboliczną cezurą czasową. Tyle właśnie trwa prawidłowo rozwijająca się ciąża, a przecież nikt nie zaprzeczy że między Rosją (taką jak zawsze, bo Rosja nigdy się nie zmienia) a „nową Polską” (bo ta, co muszę z przykrością skonstatować zmieniła się od jakiegoś czasu bardzo) coś się nowego urodziło.
Ktoś się pewnie w tym miejscu obruszy – przecież właściwie wszystko jest jak było! Rosjanie traktują nas dokładnie tak, jak traktowali nas zawsze ilekroć byliśmy na tyle słabi militarnie i politycznie żeby samemu, tu na miejscu określać naszą własną rację stanu. Używają sobie tylko znanych środków i takich sposobów do jakich się przez lata sowieckiej demoralizacji i azjatyckiego odczłowieczenia każdej dziedziny życia państwowego i społecznego przyzwyczaili i jakie uważają za jedynie właściwe, żeby osiągnąć swoje geopolityczne cele.
No tak, ale ja mam na myśli to co się urodziło tutaj, na miejscu - w Polsce.
Jednak coś się tutaj stało, zaistniała jakaś nowa „jakość”, choć to absolutnie nieodpowiednie słowo i dlatego wziąłem je w cudzysłów. Bo co prawda było już w naszej nieodległej historii tak że Rosjanie mieli tu, na miejscu swoją zwasalizowaną ekipę, która w imieniu swoich mocodawców z Kremla trzymała nas za twarz, ale poza ludźmi w jakiś sposób uwikłanymi w ten obrzydliwy, antycywilizacyjny system reszta społeczeństwa była do niego w opozycji. Byli „oni” i byliśmy „my”. Teraz jest inaczej: oprócz tego że tak jak kiedyś są „oni” i „my”, są jeszcze „ich”.
W wyniku niespotykanej nigdy wcześniej siły rażenia mediów (zwłaszcza tych elektronicznych) i całkowicie nowego sposobu manipulowania społeczeństwem za pomocą globalnie zsynchronizowanej machiny propagandowej, udało się „im” wyłuskać ze społeczeństwa stosunkowo dużą grupę podatnych na indoktrynację ludzi, którzy w normalnych warunkach byliby zupełnie nieaktywni politycznie i skoncentrowani na własnych, prywatnych sprawach. Jednak nawet gdyby ich na moment wyrwać z tego stanu konsumpcyjnego odrętwienia i zapytać o to czy czują się Polakami i chcą żeby Polska była silnym podmiotem na międzynarodowej arenie politycznej i miała prawo sama kształtować swoje polityczne, gospodarcze i społeczne cele i priorytety odpowiedzieliby że oczywiście: tak. To proste, bo przecież kiedy gdzieś grają „nasi” albo skacze Małysz to kibicują przecież zawsze „naszym” i Małyszowi!
Adresaci hasła „zabierz babci dowód” w normalnych warunkach i w normalnym kraju podrygiwaliby jak co weekend w rytm muzyki klubowej ucząc się w przerwach pomiędzy jednym a drugim piwem obsługiwania nowych funkcji w swoich najnowszych modelach smartfonów, a nie karnie udawali się do lokali wyborczych aby odsunąć „kaczory” od władzy.
A właściwie to dlaczego trzeba odsunąć „kaczory” od władzy?
A no bo są tacy jacyś obciachowi, no i ten… tego… no w ogóle… generalnie spoko-luz i lajcik. Przecież Wojewódzki mówił że trzeba, a i Juras chciał im wyjeżdżać z Baśki to chyba jednak trzeba!
Co? Nie trzeba?
No, kurna sam już nie wiem…
A dajcie wy mi wszyscy święty spokój!
******************************
Konsekwencją uaktywnienia tej grupy społeczeństwa (która istnieję w każdym narodzie i jest na co dzień politycznie nieaktywna bo się polityką nie interesuję i się na niej najzwyczajniej nie zna - a zatem jej NIE uczestnictwo w politycznych wyborach jest zupełnie racjonalne i społecznie korzystne) było wyniesienie do władzy ekipy której jedyną realną kompetencją była umiejętność społecznej inżynierii i manipulacji, a jedynym politycznym kapitałem poparcie wszystkich wewnętrznych i zewnętrznych ośrodków politycznych i biznesowych zainteresowanych tym aby Polska była słaba i jak najmocniej zwasalizowana. Teraz mamy to co mamy, a ci którzy są bezwolnymi sprawcami tej katastrofy nawet pewnie nie zdają sobie sprawy do czego doprowadzili, bo kiedy już temat „kaczorów” się zgrał, a jeden z nich już nawet nie żyję, można spokojnie wrócić do tego piwa i do tych smartfonów. Wyprowadzanie skomplikowanych wywodów, w których próbowalibyśmy wykazać lemingom (cóż za trafne określenie, swoją drogą!) że ich „polityczna” aktywność jest przyczyną tej całej klęski, która spadła na Polskę odkąd Tusk i jego gabinet niekompetentnych ciemniaków i złodziei zaczął kierować państwową nawą, jest pozbawione najmniejszego sensu. Wyborcy Tuska i Platformy dzielą się na trzy grupy: beneficjentów tego układu (Sobiesiak i jemu podobni), umoczone w brudy PRL-u łajzy, które boja się że ich łajdactwa za rządów porządnych ludzi mogłyby ujrzeć światło dzienne i zabrudzić wypłowiałe aureole („Bolek”, „pocałujcie mnie w dupę pajace!” bądź casus reżysera, speca od ekranizacji lektur szkolnych i wielkiego orędownika polsko-rosyjskiego pojednania) oraz… idiotów z nieograniczonym dostępem do telewizora i Internetu.
Innej grupy nie ma i być nie może!
Jeśli wśród czytających ten tekst jest ktoś, kto głosował i dalej zamierza głosować na Platformę, a nie poczuwa się do reprezentowania kategorii pierwszej bądź drugiej niech przyjmie do wiadomości że jego miejsce jest nieodwołalnie w kategorii trzeciej!
Takie przyznanie się przed samym sobą że zostało się zrobionym w konia i że ktoś nas bezczelnie wykorzystał, nie używając przy tym nawet łagodzących podrażnienia skóry w okolicach intymnych żelów, musi być piekielne trudne. Jeśli nie ma się kredytów do spłacenia, ochoty do zrobienia kariery w jakiejś branży do której wejścia chronią wszędobylskie w neopeerelu zawodowe korporację bądź pracuję się w branży odpornej na kryzys wywołany gigantycznym długiem publicznym, w który gabinet ciemniaków i złodziei nas tak gładko przez te ubiegłe trzy lata wmanewrował to jeszcze pół biedy – można umyć ręce i o sprawie zapomnieć, nie chwaląc się oczywiście przed obcymi tym że kiedyś się na tą szkodliwą dla Polski hordę głosowało. Ale jeśli się jednak ten kredyt we frankach ma, albo się tą karierę jednak w palestrze robić by chciało? Jak to teraz wyprzeć z własnej głowy, że było się takim kretynem?
Nie wiem i guzik mnie to w gruncie rzeczy obchodzi. Moje myśli bardziej zaprząta los wszystkich tych, którzy się w takiej samej sytuacji znaleźli, pomimo tego że od początku doskonale wiedzieli kto to jest Donald Tusk i wszyscy jego koledzy z boiska. Moje współczucie lokuję się po stronie rodzin ofiar smoleńskiej pułapki, po stronie tych którzy w kolejnych powodziach tracili dorobek swojego życia, i po stronie tych, którzy żeby zarobić na utrzymanie swoich rodzin jeżdżą codziennie o czwartej nad ranem stłoczeni jak sardynki w puszcze w małym busie do sadu zbierać jabłka. Los rozpieszczonych, zadłużonych po uszy w zachodnich bankach, wielkomiejskich lemingów jest w tym wszystkim całkowicie drugorzędną sprawą.
W tym wszystkim, w każdym zdrowym psychicznie Polaku musi się chyba po tym festiwalu kłamstwa, niegodziwości i gigantycznej pogardy rodzić jakaś chęć cywilizowanego odwetu. I w zasadzie taka cywilizowana forma odwetu jest nam dostępna w tej chwili tylko jedna: Polacy muszę wynieść do władzy (i przypilnować żeby kolejny raz nie doszło do wyborczego fałszerstwa, bo to się w dzisiejszej Polsce dzieję na bardzo dużą skalę – nie spotykaną w żadnym innym kraju Unii!) tą jedną, jedyną siłę zdolną do sformułowania tego co jest polską racją stanu i mającą pełną determinacje do pełnego wprowadzenia jej w życie.

Jest takie powiedzenie że aby zło zwyciężyło wystarczy żeby dobrzy ludzie nic nie robili. To chyba prawda, ale w naszej sytuacji wypadałoby sformułować pewną poprawkę do tej sentencji. Żeby w Polsce zło wreszcie przegrało, to pewna cześć Polaków - ta która nie wie o co w tym wszystkim chodzi - powinna zostać w domu i nic nie robić.
Skoro się nie znasz lub ci nie zależy, to chociaż nie przeszkadzaj. Tym bardziej, jeśli potem nie potrafisz się nawet przed samym sobą przyznać że zachowałeś się jak idiota.
Na całe szczęście, jeśli tylko jesteśmy odpowiednio mocno ludźmi, to większość naszych decyzji jest podejmowana pod wpływem jakiegoś miksu tych dwóch czynników, dzięki czemu nasze życie jest barwne, ekscytujące i - zwyczajnie po ludzku - do zniesienia. Zaryzykowałbym tezę że gdyby większość ludzi - bądź (o zgrozo!) - wszyscy, podejmowali swoje życiowe decyzję tylko pod wpływem zdrowej kalkulacji i rachunku ewentualnych zysków i strat, życie na ziemi stałoby się piekłem.
Czy mam na to jakiś dowód? Nie, twardych dowodów nie mam, bo na takie rzeczy nigdy nie ma się twardych dowodów. Ale są przesłanki żeby tak sądzić i czasem życie dostarcza nam dowodów „miękkich”. Wczoraj dostaliśmy taki miękki, oślizły dowód od naszych nowych przyjaciół.
Pani generałowa Anodina wraz ze swoim personelem naziemnym, pokazała nam wszystkim wczoraj jak wygląda życie na ziemi, kiedy każdą decyzję podejmuję się z kalkulatorem w ręku. Rachunek zysków i strat jest po tym pokazie porażająco jednostronny. W księgowej tabelce po stronach „winien” i „ma” nic się nie przenika: każda strona ma swoją przegródkę i żaden chaos się tam nie wkrada – wszystko jest z punktu widzenia diabelskiej maszynerii jak należy. Zresztą od początku było, ale wiadomo: w biurokracji obieg dokumentacji musi trochę potrwać, a dziewięć miesięcy jest wręcz symboliczną cezurą czasową. Tyle właśnie trwa prawidłowo rozwijająca się ciąża, a przecież nikt nie zaprzeczy że między Rosją (taką jak zawsze, bo Rosja nigdy się nie zmienia) a „nową Polską” (bo ta, co muszę z przykrością skonstatować zmieniła się od jakiegoś czasu bardzo) coś się nowego urodziło.
Ktoś się pewnie w tym miejscu obruszy – przecież właściwie wszystko jest jak było! Rosjanie traktują nas dokładnie tak, jak traktowali nas zawsze ilekroć byliśmy na tyle słabi militarnie i politycznie żeby samemu, tu na miejscu określać naszą własną rację stanu. Używają sobie tylko znanych środków i takich sposobów do jakich się przez lata sowieckiej demoralizacji i azjatyckiego odczłowieczenia każdej dziedziny życia państwowego i społecznego przyzwyczaili i jakie uważają za jedynie właściwe, żeby osiągnąć swoje geopolityczne cele.
No tak, ale ja mam na myśli to co się urodziło tutaj, na miejscu - w Polsce.
Jednak coś się tutaj stało, zaistniała jakaś nowa „jakość”, choć to absolutnie nieodpowiednie słowo i dlatego wziąłem je w cudzysłów. Bo co prawda było już w naszej nieodległej historii tak że Rosjanie mieli tu, na miejscu swoją zwasalizowaną ekipę, która w imieniu swoich mocodawców z Kremla trzymała nas za twarz, ale poza ludźmi w jakiś sposób uwikłanymi w ten obrzydliwy, antycywilizacyjny system reszta społeczeństwa była do niego w opozycji. Byli „oni” i byliśmy „my”. Teraz jest inaczej: oprócz tego że tak jak kiedyś są „oni” i „my”, są jeszcze „ich”.
W wyniku niespotykanej nigdy wcześniej siły rażenia mediów (zwłaszcza tych elektronicznych) i całkowicie nowego sposobu manipulowania społeczeństwem za pomocą globalnie zsynchronizowanej machiny propagandowej, udało się „im” wyłuskać ze społeczeństwa stosunkowo dużą grupę podatnych na indoktrynację ludzi, którzy w normalnych warunkach byliby zupełnie nieaktywni politycznie i skoncentrowani na własnych, prywatnych sprawach. Jednak nawet gdyby ich na moment wyrwać z tego stanu konsumpcyjnego odrętwienia i zapytać o to czy czują się Polakami i chcą żeby Polska była silnym podmiotem na międzynarodowej arenie politycznej i miała prawo sama kształtować swoje polityczne, gospodarcze i społeczne cele i priorytety odpowiedzieliby że oczywiście: tak. To proste, bo przecież kiedy gdzieś grają „nasi” albo skacze Małysz to kibicują przecież zawsze „naszym” i Małyszowi!
Adresaci hasła „zabierz babci dowód” w normalnych warunkach i w normalnym kraju podrygiwaliby jak co weekend w rytm muzyki klubowej ucząc się w przerwach pomiędzy jednym a drugim piwem obsługiwania nowych funkcji w swoich najnowszych modelach smartfonów, a nie karnie udawali się do lokali wyborczych aby odsunąć „kaczory” od władzy.
A właściwie to dlaczego trzeba odsunąć „kaczory” od władzy?
A no bo są tacy jacyś obciachowi, no i ten… tego… no w ogóle… generalnie spoko-luz i lajcik. Przecież Wojewódzki mówił że trzeba, a i Juras chciał im wyjeżdżać z Baśki to chyba jednak trzeba!
Co? Nie trzeba?
No, kurna sam już nie wiem…
A dajcie wy mi wszyscy święty spokój!
******************************
Konsekwencją uaktywnienia tej grupy społeczeństwa (która istnieję w każdym narodzie i jest na co dzień politycznie nieaktywna bo się polityką nie interesuję i się na niej najzwyczajniej nie zna - a zatem jej NIE uczestnictwo w politycznych wyborach jest zupełnie racjonalne i społecznie korzystne) było wyniesienie do władzy ekipy której jedyną realną kompetencją była umiejętność społecznej inżynierii i manipulacji, a jedynym politycznym kapitałem poparcie wszystkich wewnętrznych i zewnętrznych ośrodków politycznych i biznesowych zainteresowanych tym aby Polska była słaba i jak najmocniej zwasalizowana. Teraz mamy to co mamy, a ci którzy są bezwolnymi sprawcami tej katastrofy nawet pewnie nie zdają sobie sprawy do czego doprowadzili, bo kiedy już temat „kaczorów” się zgrał, a jeden z nich już nawet nie żyję, można spokojnie wrócić do tego piwa i do tych smartfonów. Wyprowadzanie skomplikowanych wywodów, w których próbowalibyśmy wykazać lemingom (cóż za trafne określenie, swoją drogą!) że ich „polityczna” aktywność jest przyczyną tej całej klęski, która spadła na Polskę odkąd Tusk i jego gabinet niekompetentnych ciemniaków i złodziei zaczął kierować państwową nawą, jest pozbawione najmniejszego sensu. Wyborcy Tuska i Platformy dzielą się na trzy grupy: beneficjentów tego układu (Sobiesiak i jemu podobni), umoczone w brudy PRL-u łajzy, które boja się że ich łajdactwa za rządów porządnych ludzi mogłyby ujrzeć światło dzienne i zabrudzić wypłowiałe aureole („Bolek”, „pocałujcie mnie w dupę pajace!” bądź casus reżysera, speca od ekranizacji lektur szkolnych i wielkiego orędownika polsko-rosyjskiego pojednania) oraz… idiotów z nieograniczonym dostępem do telewizora i Internetu.
Innej grupy nie ma i być nie może!
Jeśli wśród czytających ten tekst jest ktoś, kto głosował i dalej zamierza głosować na Platformę, a nie poczuwa się do reprezentowania kategorii pierwszej bądź drugiej niech przyjmie do wiadomości że jego miejsce jest nieodwołalnie w kategorii trzeciej!
Takie przyznanie się przed samym sobą że zostało się zrobionym w konia i że ktoś nas bezczelnie wykorzystał, nie używając przy tym nawet łagodzących podrażnienia skóry w okolicach intymnych żelów, musi być piekielne trudne. Jeśli nie ma się kredytów do spłacenia, ochoty do zrobienia kariery w jakiejś branży do której wejścia chronią wszędobylskie w neopeerelu zawodowe korporację bądź pracuję się w branży odpornej na kryzys wywołany gigantycznym długiem publicznym, w który gabinet ciemniaków i złodziei nas tak gładko przez te ubiegłe trzy lata wmanewrował to jeszcze pół biedy – można umyć ręce i o sprawie zapomnieć, nie chwaląc się oczywiście przed obcymi tym że kiedyś się na tą szkodliwą dla Polski hordę głosowało. Ale jeśli się jednak ten kredyt we frankach ma, albo się tą karierę jednak w palestrze robić by chciało? Jak to teraz wyprzeć z własnej głowy, że było się takim kretynem?
Nie wiem i guzik mnie to w gruncie rzeczy obchodzi. Moje myśli bardziej zaprząta los wszystkich tych, którzy się w takiej samej sytuacji znaleźli, pomimo tego że od początku doskonale wiedzieli kto to jest Donald Tusk i wszyscy jego koledzy z boiska. Moje współczucie lokuję się po stronie rodzin ofiar smoleńskiej pułapki, po stronie tych którzy w kolejnych powodziach tracili dorobek swojego życia, i po stronie tych, którzy żeby zarobić na utrzymanie swoich rodzin jeżdżą codziennie o czwartej nad ranem stłoczeni jak sardynki w puszcze w małym busie do sadu zbierać jabłka. Los rozpieszczonych, zadłużonych po uszy w zachodnich bankach, wielkomiejskich lemingów jest w tym wszystkim całkowicie drugorzędną sprawą.
W tym wszystkim, w każdym zdrowym psychicznie Polaku musi się chyba po tym festiwalu kłamstwa, niegodziwości i gigantycznej pogardy rodzić jakaś chęć cywilizowanego odwetu. I w zasadzie taka cywilizowana forma odwetu jest nam dostępna w tej chwili tylko jedna: Polacy muszę wynieść do władzy (i przypilnować żeby kolejny raz nie doszło do wyborczego fałszerstwa, bo to się w dzisiejszej Polsce dzieję na bardzo dużą skalę – nie spotykaną w żadnym innym kraju Unii!) tą jedną, jedyną siłę zdolną do sformułowania tego co jest polską racją stanu i mającą pełną determinacje do pełnego wprowadzenia jej w życie.

Jest takie powiedzenie że aby zło zwyciężyło wystarczy żeby dobrzy ludzie nic nie robili. To chyba prawda, ale w naszej sytuacji wypadałoby sformułować pewną poprawkę do tej sentencji. Żeby w Polsce zło wreszcie przegrało, to pewna cześć Polaków - ta która nie wie o co w tym wszystkim chodzi - powinna zostać w domu i nic nie robić.
Skoro się nie znasz lub ci nie zależy, to chociaż nie przeszkadzaj. Tym bardziej, jeśli potem nie potrafisz się nawet przed samym sobą przyznać że zachowałeś się jak idiota.
piątek, 31 grudnia 2010
Plebiscyty
Na zakończenie każdego roku mamy przemożną chęć jego podsumowania. Często objawia się to publikowaniem przeróżnych plebiscytów. Zwykle są to publikację związane z jakąś konkretną branżą, tak więc magazyny muzyczne publikują rankingi na wokalistę roku, gitarzystę roku czy najlepszego kompozytora, periodyki sportowe szeregują piłkarzy według najlepszych strzelców, narciarzy według najdłuższych skoków a miotaczy młotem na tych, którzy miotnęli nim najdalej.
Tzw. tygodniki opinii ozdabiają okładki swoich numerów noworocznych twarzami tych polityków i mężów stanu (tych drugich to raczej za granicą), którzy według kolegiów redakcyjnych wywarli największy wpływ w mijającym roku na życie polityczne i społeczne danego kraju, zaś miesięczniki poświęcone kinu i filmom wrzucają na rozkładówkę buźkę aktora czy aktorki, którzy biegając i strzelając lub zdejmując majtki na ekranie, zarobili dla swojej wytwórni filmowej najwięcej milionów dolarów.
Przyszło mi do głowy że i ja mógłbym jakoś w ten sposób podsumować przechodzący na szczęście do historii (dosłownie i w przenośni) paskudny rok 2010.
Kategorię - co chyba oczywiste - wybiorę po swojemu i zupełnie odmienne niż inni kreatorzy swoich plebiscytów. Raz - że będzie to, jak sądzę znacznie ciekawsze dla ewentualnych czytających, dwa - że każdy inaczej postrzega otaczającą nas rzeczywistość i jestem stuprocentowo pewien że moje jej postrzeganie różni się znacząco od tego jak ją postrzega, dajmy na to taki Kamil Durczok czy na przykład mój, jeśli mógłbym tak to ująć: specyficzny ulubieniec i zdecydowany czarny koń w nadchodzącym roku na zwycięzcę w kategorii „Idiota roku 2011” - Tomasz Nałęcz.
Żeby już nie przedłużać i nie zanudzać – zaczynamy:
Fraza roku: Polska zdała egzamin.

Cóż tu dodać? To chyba jasne że zdała? Widok rdzewiejącego, ruskiego truchła konstrukcji Andrieja Nikołajewicza Tupolewa na podsmoleńskim betonie, widok zanurzonych w wodzie po same dachy domów oraz niedawne obrazki z dworców kolejowych w całym kraju świadczą o tym że Polska jest w stanie zdać dosłownie każdy egzamin. Skóra cierpnie mi od szyi w dół na samą myśl jakie jeszcze egzaminy przed nami. Ale jestem pewien że ten nowy Tymochowicz, który kręci od trzech lat Tuskiem znajdzie jak zawsze jakiś cudowny sposób na to żebyśmy zdali je jak zawsze koncertowo i na piątkę.
Motto roku: na kursie i na ścieżce.
Tak, bez wątpienia ten cytat wyjęty z jednej z kilku wersji słynnych „stenogramów z kokpitu” doskonale nadaję się na to żeby stać się mottem mijającego roku jeśli chodzi o sytuację Polski, w jakiej się ona znalazła po zaledwie trzech latach rządzenia gabinetu skleconego z ludzi Platformy przez Donalda Tuska.
Kurs na pojednanie z Putinem i wyraźnie zarysowana „ścieżka schodzenia” dla Polski są oczywiste. Niestety zakończenie tego schodzenia też zaczynam w swojej wyobraźni widzieć coraz wyraźniej. Szkoda że ta część Polaków, która wyniosła ekipę Tuska do władzy nie będzie chciała w całości pokryć jej rachunków i że tak wiele realnej krwi musiało wsiąknąć w ruską i polską ziemię przy okazji tej nauczki.
Twarz roku:
Co tu pisać? Widok wart tysiąca słów...

Poliglota roku: Graś przepraszający po rusku okradające zwłoki polskich patriotów ruskie szumowiny.
Nie myślałem że dożyję czegoś takiego! Słowo daję, że w najbardziej psychodelicznym śnie, do głowy by mi nie przyszło że za mojego życia będę mógł być świadkiem jak minister polskiego (?) rządu, na wizji przeprasza ruską żulię okradającą zwłoki polskich patriotów w jej rodzimym języku!
Za co przeprasza? Za to że mu się popieprzyły kolory mundurów - pełen odpał!!!

Jeśli wziąć pod uwagę że ze swoim drugim pracodawcą (nie wiem czy lemingi do końca zdają sobie sprawę z faktu że płacą tej groteskowej figurze sporą pensję?) prawdopodobnie musi się porozumiewać po niemiecku, i że jeśli uwzględnimy dodatkowo dwa języki, które minister Graś ma w butach to wychodzi mi że mamy do czynienia ze stuprocentowym poliglotą. Szkoda że najmniej komunikatywny jest w języku ojczystym, czego dowodzą niejasności w jego przekazie ze spotkania Tuska z rodzinami ofiar smoleńskiej pułapki. Ale inaczej niż przy przeprosinach po rusku - Graś przekazu z tego spotkania wyemitować nie chce.
Spowiedź roku: Wajda w Pałacyku na wodzie ujawnia zaprzyjaźnione stację.

Większość co bardziej spostrzegawczych Polaków od dawna wiedziała, oglądając, czytając i słuchając na własne uszy i oczy gdzie i z jakim natężeniem sprzyjają ekipie Tuska, a gdzie flekują Kaczory i Pisiorów, ale co innego wiedzieć i przeczuwać, a co innego usłyszeć na własne uszy! I tego nam już nikt nigdy nie odbierze - dziękujemy Mistrzu!
Zdjęcie roku:

Kiedy już Naród postanowi rozliczyć "ich człowieka w Warszawie" ze wszystkich jego "dokonań", to zdjęcie może się jeszcze wtedy przydać. Mam nadzieję że za rok, ta żałosna postać zdobędzie w podobnym plebiscycie laur na jaki od ponad trzech lat pracuję. Ale o tym, po tym...
A na zakończenie: Życzę Wszystkiego Najlepszego w Nadchodzącym Nowym Roku wszystkim tym, którzy swoim głosem nigdy nie przyczynili się do tych wszystkich nieszczęść, które nas ostatnio spotkały.
A reszta? Niech ma to czego chciała i na co zasłużyła - w końcu wszyscy, do licha musimy kiedyś wreszcie wydorośleć! Nawet ci młodzi, zadłużeni z dużych miast.
Tzw. tygodniki opinii ozdabiają okładki swoich numerów noworocznych twarzami tych polityków i mężów stanu (tych drugich to raczej za granicą), którzy według kolegiów redakcyjnych wywarli największy wpływ w mijającym roku na życie polityczne i społeczne danego kraju, zaś miesięczniki poświęcone kinu i filmom wrzucają na rozkładówkę buźkę aktora czy aktorki, którzy biegając i strzelając lub zdejmując majtki na ekranie, zarobili dla swojej wytwórni filmowej najwięcej milionów dolarów.
Przyszło mi do głowy że i ja mógłbym jakoś w ten sposób podsumować przechodzący na szczęście do historii (dosłownie i w przenośni) paskudny rok 2010.
Kategorię - co chyba oczywiste - wybiorę po swojemu i zupełnie odmienne niż inni kreatorzy swoich plebiscytów. Raz - że będzie to, jak sądzę znacznie ciekawsze dla ewentualnych czytających, dwa - że każdy inaczej postrzega otaczającą nas rzeczywistość i jestem stuprocentowo pewien że moje jej postrzeganie różni się znacząco od tego jak ją postrzega, dajmy na to taki Kamil Durczok czy na przykład mój, jeśli mógłbym tak to ująć: specyficzny ulubieniec i zdecydowany czarny koń w nadchodzącym roku na zwycięzcę w kategorii „Idiota roku 2011” - Tomasz Nałęcz.
Żeby już nie przedłużać i nie zanudzać – zaczynamy:
Fraza roku: Polska zdała egzamin.
Cóż tu dodać? To chyba jasne że zdała? Widok rdzewiejącego, ruskiego truchła konstrukcji Andrieja Nikołajewicza Tupolewa na podsmoleńskim betonie, widok zanurzonych w wodzie po same dachy domów oraz niedawne obrazki z dworców kolejowych w całym kraju świadczą o tym że Polska jest w stanie zdać dosłownie każdy egzamin. Skóra cierpnie mi od szyi w dół na samą myśl jakie jeszcze egzaminy przed nami. Ale jestem pewien że ten nowy Tymochowicz, który kręci od trzech lat Tuskiem znajdzie jak zawsze jakiś cudowny sposób na to żebyśmy zdali je jak zawsze koncertowo i na piątkę.
Motto roku: na kursie i na ścieżce.
Tak, bez wątpienia ten cytat wyjęty z jednej z kilku wersji słynnych „stenogramów z kokpitu” doskonale nadaję się na to żeby stać się mottem mijającego roku jeśli chodzi o sytuację Polski, w jakiej się ona znalazła po zaledwie trzech latach rządzenia gabinetu skleconego z ludzi Platformy przez Donalda Tuska.
Kurs na pojednanie z Putinem i wyraźnie zarysowana „ścieżka schodzenia” dla Polski są oczywiste. Niestety zakończenie tego schodzenia też zaczynam w swojej wyobraźni widzieć coraz wyraźniej. Szkoda że ta część Polaków, która wyniosła ekipę Tuska do władzy nie będzie chciała w całości pokryć jej rachunków i że tak wiele realnej krwi musiało wsiąknąć w ruską i polską ziemię przy okazji tej nauczki.
Twarz roku:
Co tu pisać? Widok wart tysiąca słów...
Poliglota roku: Graś przepraszający po rusku okradające zwłoki polskich patriotów ruskie szumowiny.
Nie myślałem że dożyję czegoś takiego! Słowo daję, że w najbardziej psychodelicznym śnie, do głowy by mi nie przyszło że za mojego życia będę mógł być świadkiem jak minister polskiego (?) rządu, na wizji przeprasza ruską żulię okradającą zwłoki polskich patriotów w jej rodzimym języku!
Za co przeprasza? Za to że mu się popieprzyły kolory mundurów - pełen odpał!!!
Jeśli wziąć pod uwagę że ze swoim drugim pracodawcą (nie wiem czy lemingi do końca zdają sobie sprawę z faktu że płacą tej groteskowej figurze sporą pensję?) prawdopodobnie musi się porozumiewać po niemiecku, i że jeśli uwzględnimy dodatkowo dwa języki, które minister Graś ma w butach to wychodzi mi że mamy do czynienia ze stuprocentowym poliglotą. Szkoda że najmniej komunikatywny jest w języku ojczystym, czego dowodzą niejasności w jego przekazie ze spotkania Tuska z rodzinami ofiar smoleńskiej pułapki. Ale inaczej niż przy przeprosinach po rusku - Graś przekazu z tego spotkania wyemitować nie chce.
Spowiedź roku: Wajda w Pałacyku na wodzie ujawnia zaprzyjaźnione stację.
Większość co bardziej spostrzegawczych Polaków od dawna wiedziała, oglądając, czytając i słuchając na własne uszy i oczy gdzie i z jakim natężeniem sprzyjają ekipie Tuska, a gdzie flekują Kaczory i Pisiorów, ale co innego wiedzieć i przeczuwać, a co innego usłyszeć na własne uszy! I tego nam już nikt nigdy nie odbierze - dziękujemy Mistrzu!
Zdjęcie roku:
Kiedy już Naród postanowi rozliczyć "ich człowieka w Warszawie" ze wszystkich jego "dokonań", to zdjęcie może się jeszcze wtedy przydać. Mam nadzieję że za rok, ta żałosna postać zdobędzie w podobnym plebiscycie laur na jaki od ponad trzech lat pracuję. Ale o tym, po tym...
A na zakończenie: Życzę Wszystkiego Najlepszego w Nadchodzącym Nowym Roku wszystkim tym, którzy swoim głosem nigdy nie przyczynili się do tych wszystkich nieszczęść, które nas ostatnio spotkały.
A reszta? Niech ma to czego chciała i na co zasłużyła - w końcu wszyscy, do licha musimy kiedyś wreszcie wydorośleć! Nawet ci młodzi, zadłużeni z dużych miast.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Moralna propozycja
Rzecznik Rządu, a w szczególności pana Premiera Tuska, pan Paweł Gra… - o! przepraszam - pan Paweł Deresz orzekł w TVN 24, że on sobie nie życzy żeby to co on na spotkaniu rodzin ofiar smoleńskiej pułapki z Premierem mówił, przedostało się do publicznej wiadomości. On uważa że to co on tam mówił jest wyjątkowo intymne i - jak rozumiem jego tłumaczenie - on czuł by się bardzo zażenowany gdyby te jego słowa, które on na tym spotkaniu rzucił w tą pustą przestrzeń przed Premierem i dajmy na to ministrem Arabskim, albo nawet i minister Kopacz zostały opublikowane. Nie dla naszych, czyli społeczeństwa („… i kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, ja płacę… społeczeństwo”.) uszu te intymne wyznania pana Deresza.
Ja tam oczywiście nie zamierzam się z pana Pawła Deresza zanadto wyśmiewać, ale odrobinę jednak chyba muszę. I to akurat muszę wyjątkowo z tej przyczyny że mnie pan Paweł Deresz osobiście do tego sprowokował. Bo pan Paweł jakoś nie czuję się zażenowany robiąc kilka razy w tygodniu spektakularne tournée po wszelkich stacjach telewizyjnych i radiowych. Zdaję się że tylko w telewizji TRWAM i w Radiu Maryja go nie było, chociaż akurat dlaczego właśnie te media ominął to tego naprawdę nie rozumiem, bo jeśli wierzyć w jego własne słowa, że on także chce wyjaśnienia przyczyn katastrofy - to tam powinien być chyba w pierwszym rzędzie, a taki, dajmy na to TVN z powodzeniem mógłby sobie chyba odpuścić. I jakoś ani razu nie czułem w jego licznych ostatnio, medialnych wypowiedziach żadnego zażenowania, kiedy opowiadał swoją wersję zdarzeń z kancelarii Premiera. Skoro tak łatwo przychodzi mu opowiadane wszem i wobec co powiedziały panie Kochanowska z panią Gosiewską, to czemu tak bardzo się jednocześnie wzbrania przed odsłonięciem przed nami wszystkimi, tego co mówił on sam? Czyżby w jakiś sposób jego własne słowa niszczyłyby jego publiczny wizerunek jaki sobie właśnie kreuję? A tak na marginesie: po co mu jakikolwiek publiczny wizerunek? Czyżby liczył na jakąś medialno-polityczną karierę i ten wizerunek miałby być jego kapitałem na przyszłość? A czy w takim razie jego postawa względem obecnie rządzących i bycie w opozycji do innych rodzin ofiar smoleńskiej pułapki nie jest jakąś formą waluty, którą pan Paweł Deresz zamierza wydać w stosownym momencie?
Jeśli jest jak podejrzewam to tym bardziej niech pan Paweł stanie w prawdzie!
Może ktoś powiedzieć że to, co ja teraz tu piszę jest w jakiś sposób obrzydliwe, bo co ja wiem na temat tego co czują rodziny ofiar smoleńskiej pułapki, a poza tym jakie ja mam prawo osądzać kogoś kto zaznał takiej straty jak pan Paweł.
I znowu: trochę tak, a trochę nie. Z jednej strony osoby takie jak pan Paweł Deresz czy pani Ewa Komorowska, a z drugiej strony osoby takie jak pani Kurtyka, pani Gosiewska, pani Merta, pan Melak czy córka pana posła Wassermana, swoją medialną obecnością chciał/nie chciał wystawiają się na jakąś społeczną ocenę. I nic na to nie poradzę że w przypadku jednych widzę jakiś rodzaj koniunkturalizmu, a w wypadku drugich tytaniczną wolę dojścia prawdy i próbę oddania poprzez wyjaśnienie wszystkich przyczyn tego co się stało czci swoim bliskim, którzy musieli od nich odejść w tak dramatycznych i zagadkowych okolicznościach. I ja tą drugą postawę najzwyczajniej w świecie podziwiam. Nie chcę być tu za bardzo patetyczny, ale ja podziwiam w wypadku tych osób zarówno tą godność, którą one w tej podłej dla nich (ale i dla nas wszystkich, którzy uważamy że też straciliśmy osoby dla Polski arcyważne) sytuacji potrafiły zachować, jak i tą wręcz szaleńczą determinację, która musi się codziennie zderzać z tym czymś, czym stała się od jakiegoś czasu Polska pod rządami tej najgorszej z możliwych ekip i tego najgorszego jakiego można sobie tylko można wyobrazić Premiera - a teraz, do kompletu - i Prezydenta.
Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie w jakiś sposób - przynajmniej moim zdaniem -upoważnia do tego, że chyba mogę w tej sprawie delikatnie zabrać głos. Otóż pewne osoby, będące pasażerami feralnego Tupolewa były mi naprawdę bliskie, choć ani nie łączyły mnie z nimi żadne więzy krwi, ani nawet osobista znajomość. Po prostu dostrzegałem ogrom pracy, które te osoby wkładały w to aby Polska była krajem po prostu lepszym i uczciwszym. Dostrzegałem ich klasę, kompetencję, zapał, uczciwość, poczucie humoru i godność z jaką musieli czasem znosić chamstwo i impertynencję osób, które jak sądzę mają naszą Ojczyznę głęboko gdzieś.
I w tym kontekście ja też w jakiś sposób czuję się - być może zanadto samozwańczo i w pewien sposób chyba nawet dość bezczelnie - ale jednak, jak ktoś odrobinę z Rodziny.
I jako taki, mam dla pana Pawła Deresza i każdego, kto chciałby ewentualnie podnieść te same argumenty co on, taką oto propozycję: skoro jest słowo przeciwko słowu, a całą sytuację mogłoby wyjaśnić, zgodnie z sugestiami pani Małgorzaty Wassermann opublikowanie zapisu ze spotkania z Premierem, to niech kancelaria Donalda Tuska upubliczni tylko ten fragment, w którym doszło do wymiany zdań pomiędzy Premierem a panią Kochanowską. Mam nadzieję że chociaż wtedy, pan Deresz siedział cicho i nie będzie w związku z tym czuł się w żaden sposób odarty z intymności ujawnieniem nagrania. Sprawa się wyjaśni, właściwy Rzecznik Rządu przeprosi panie Kochanowską i Gosiewską oraz polskie społeczeństwo (jeśli mógłbym mieć małą prośbę to raczej wolałbym tym razem po polsku!), a następnie odda się do dyspozycji Premiera. Premier za ewidentną i kolejną z rzędu medialną wtopę zwolni go wreszcie z ewidentnie przerastającej go funkcji Rzecznika, w związku z czym zwolni się posada, na którą, (jak już wcześniej ustaliliśmy) jak nikt inny nadaję się pan Paweł Deresz, zaś pan Graś, w związku z tym że śniegu tej zimy chyba będzie naprawdę dużo, zajmie się tym za co ma dach nad głową, i do czego chyba zresztą ma największe kompetencję.
Jakie to proste! Trzeba tylko odrobinę pomyśleć.
Ja tam oczywiście nie zamierzam się z pana Pawła Deresza zanadto wyśmiewać, ale odrobinę jednak chyba muszę. I to akurat muszę wyjątkowo z tej przyczyny że mnie pan Paweł Deresz osobiście do tego sprowokował. Bo pan Paweł jakoś nie czuję się zażenowany robiąc kilka razy w tygodniu spektakularne tournée po wszelkich stacjach telewizyjnych i radiowych. Zdaję się że tylko w telewizji TRWAM i w Radiu Maryja go nie było, chociaż akurat dlaczego właśnie te media ominął to tego naprawdę nie rozumiem, bo jeśli wierzyć w jego własne słowa, że on także chce wyjaśnienia przyczyn katastrofy - to tam powinien być chyba w pierwszym rzędzie, a taki, dajmy na to TVN z powodzeniem mógłby sobie chyba odpuścić. I jakoś ani razu nie czułem w jego licznych ostatnio, medialnych wypowiedziach żadnego zażenowania, kiedy opowiadał swoją wersję zdarzeń z kancelarii Premiera. Skoro tak łatwo przychodzi mu opowiadane wszem i wobec co powiedziały panie Kochanowska z panią Gosiewską, to czemu tak bardzo się jednocześnie wzbrania przed odsłonięciem przed nami wszystkimi, tego co mówił on sam? Czyżby w jakiś sposób jego własne słowa niszczyłyby jego publiczny wizerunek jaki sobie właśnie kreuję? A tak na marginesie: po co mu jakikolwiek publiczny wizerunek? Czyżby liczył na jakąś medialno-polityczną karierę i ten wizerunek miałby być jego kapitałem na przyszłość? A czy w takim razie jego postawa względem obecnie rządzących i bycie w opozycji do innych rodzin ofiar smoleńskiej pułapki nie jest jakąś formą waluty, którą pan Paweł Deresz zamierza wydać w stosownym momencie?
Jeśli jest jak podejrzewam to tym bardziej niech pan Paweł stanie w prawdzie!
Może ktoś powiedzieć że to, co ja teraz tu piszę jest w jakiś sposób obrzydliwe, bo co ja wiem na temat tego co czują rodziny ofiar smoleńskiej pułapki, a poza tym jakie ja mam prawo osądzać kogoś kto zaznał takiej straty jak pan Paweł.
I znowu: trochę tak, a trochę nie. Z jednej strony osoby takie jak pan Paweł Deresz czy pani Ewa Komorowska, a z drugiej strony osoby takie jak pani Kurtyka, pani Gosiewska, pani Merta, pan Melak czy córka pana posła Wassermana, swoją medialną obecnością chciał/nie chciał wystawiają się na jakąś społeczną ocenę. I nic na to nie poradzę że w przypadku jednych widzę jakiś rodzaj koniunkturalizmu, a w wypadku drugich tytaniczną wolę dojścia prawdy i próbę oddania poprzez wyjaśnienie wszystkich przyczyn tego co się stało czci swoim bliskim, którzy musieli od nich odejść w tak dramatycznych i zagadkowych okolicznościach. I ja tą drugą postawę najzwyczajniej w świecie podziwiam. Nie chcę być tu za bardzo patetyczny, ale ja podziwiam w wypadku tych osób zarówno tą godność, którą one w tej podłej dla nich (ale i dla nas wszystkich, którzy uważamy że też straciliśmy osoby dla Polski arcyważne) sytuacji potrafiły zachować, jak i tą wręcz szaleńczą determinację, która musi się codziennie zderzać z tym czymś, czym stała się od jakiegoś czasu Polska pod rządami tej najgorszej z możliwych ekip i tego najgorszego jakiego można sobie tylko można wyobrazić Premiera - a teraz, do kompletu - i Prezydenta.
Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie w jakiś sposób - przynajmniej moim zdaniem -upoważnia do tego, że chyba mogę w tej sprawie delikatnie zabrać głos. Otóż pewne osoby, będące pasażerami feralnego Tupolewa były mi naprawdę bliskie, choć ani nie łączyły mnie z nimi żadne więzy krwi, ani nawet osobista znajomość. Po prostu dostrzegałem ogrom pracy, które te osoby wkładały w to aby Polska była krajem po prostu lepszym i uczciwszym. Dostrzegałem ich klasę, kompetencję, zapał, uczciwość, poczucie humoru i godność z jaką musieli czasem znosić chamstwo i impertynencję osób, które jak sądzę mają naszą Ojczyznę głęboko gdzieś.
I w tym kontekście ja też w jakiś sposób czuję się - być może zanadto samozwańczo i w pewien sposób chyba nawet dość bezczelnie - ale jednak, jak ktoś odrobinę z Rodziny.
I jako taki, mam dla pana Pawła Deresza i każdego, kto chciałby ewentualnie podnieść te same argumenty co on, taką oto propozycję: skoro jest słowo przeciwko słowu, a całą sytuację mogłoby wyjaśnić, zgodnie z sugestiami pani Małgorzaty Wassermann opublikowanie zapisu ze spotkania z Premierem, to niech kancelaria Donalda Tuska upubliczni tylko ten fragment, w którym doszło do wymiany zdań pomiędzy Premierem a panią Kochanowską. Mam nadzieję że chociaż wtedy, pan Deresz siedział cicho i nie będzie w związku z tym czuł się w żaden sposób odarty z intymności ujawnieniem nagrania. Sprawa się wyjaśni, właściwy Rzecznik Rządu przeprosi panie Kochanowską i Gosiewską oraz polskie społeczeństwo (jeśli mógłbym mieć małą prośbę to raczej wolałbym tym razem po polsku!), a następnie odda się do dyspozycji Premiera. Premier za ewidentną i kolejną z rzędu medialną wtopę zwolni go wreszcie z ewidentnie przerastającej go funkcji Rzecznika, w związku z czym zwolni się posada, na którą, (jak już wcześniej ustaliliśmy) jak nikt inny nadaję się pan Paweł Deresz, zaś pan Graś, w związku z tym że śniegu tej zimy chyba będzie naprawdę dużo, zajmie się tym za co ma dach nad głową, i do czego chyba zresztą ma największe kompetencję.
Jakie to proste! Trzeba tylko odrobinę pomyśleć.
wtorek, 30 listopada 2010
Nasza Klasa dla debili
Od kilku dni cały świat, a w tym i nasz „grajdoł” (copyright by: Bronisław Komorowski) podnieca się materiałami opublikowanymi przez tajemniczą grupę osób związaną z portalem WikiLeaks. Z tych „supertajnych”, „super-sensacyjnych” i „mających moc pioruna” materiałów możemy właśnie teraz się dowiedzieć że mąż Carli Bruni to groteskowy pajac, właściciel jednej czwartej Italii to balangowicz i dziwkarz, prezio Rosji to przeciętniak i miernota a nasza kochana ciotka Angela jest „teflonowa”.
Najciekawszą informacją dotyczącą tych wszystkich tuzów światowej polityki jest chyba ta, która każe nam widzieć w Putinie samca-alfa. Ja tam dokładnie nie wiem czym się charakteryzuję ten cały samiec alfa, ale jeśli tym że za nim, jak za panią matką chodzą pokornie inne samce i żrą mu prosto z łapy wszystko to, co on tam im w swej łaskawości zechce z tej łapy dać, to coś w tym może być.
Skąd wiem? Bo tych żrących z łapy Putina śmierdzące padliną ochłapy mam pod swoim bokiem aż nadto.
Jeśli by się dobrze zastanowić jaki sens miało opublikowanie tych wszystkich materiałów, to po niedługiej pracy zwojów mózgowych, można by się było pokusić o konkluzję że… żaden.
No bo czego my się znowu takiego sensacyjnego dowiedzieliśmy? Że Sarkozy to błazen? No przecież on był takim samym błaznem i tydzień temu, i dwa tygodnie temu i rok temu. Po ukazaniu się materiałów WikiLeaks nie stał się ani błaznem większym ani mniejszym.
Że Berlusconi to dziwkarz i hulaka? No przecież mogliśmy tą wiedzę mieć niejako z pierwszej ręki tzn. od jego byłej żony, kiedy ta, jakiś czas temu udzieliła tuż po rozwodzie (czy jeszcze przed? – nie pamiętam, bo i po co!) jakiejś włoskiej gazecie obszernego wywiadu na temat swojego męża i jego wszystkich słabości.
Tylko ten samiec alfa…? no to jest jakiś news, ale znowu bez przesady - to że Putin chciałby żeby go tak świat i Rosja postrzegały też wiemy od dawna – niby czemu miały służyć te różne sesje zdjęciowe, gdzie nasz gieroj się fotografował z gołą klatą na wierzchowcu, latał odrzutowcem, łowił w zimnej wodzie płocie na wędkę, robił lewatywę uśpionemu tygrysowi czy beształ kierownika masarni że kurczaki u niego są o pół rubla droższe niż w sklepie za rogiem? Wszystko to miało właśnie na celu pokazanie gawiedzi, że ich dobry car Putin to niekwestionowany przywódca stada i tego stada baran przewodnik. I gawiedź chyba w to wierzy i bez przeciękniętych materiałów z WikiLeaks, choć gdybym był złośliwy to bym tej gawiedzi powiedział, że ich samiec alfa na przesłuchaniu, dajmy na to u jego starszego kolegi po fachu - takiego choćby majora Różańskiego - darłby z bólu mordę jak niemowlak błagając o litość, kiedy tamten metodycznie jeden po drugim wyrywałby mu paznokcie czy przyciskał szufladą biurka jego samcze genitalia. Bo prawdziwego samca (alfa czy nie alfa)poznaję się w godzinach próby, a dla pułkownika Putina ta godzina jeszcze nie nadeszła. Choć na jego miejscu nie spałbym zbyt spokojnie, bo pod tą szerokością geograficznej w której przyszło mu grasować, zwykle jeden samiec alfa kończy swój nędzny żywot zupełnie nagle i znienacka, kiedy tylko na horyzoncie pojawia się samiec kolejny.

Ale jednak, ta pochlebna (co by o niej nie pisać) ocena Putina, rzuca nam chyba delikatny snop światła na charakter tej całej zadymy z publikacją tych wszystkich śmieci. Bo to są śmiecie! W tych wszystkich ścinkach nie ma nic wartościowego, a jeśli nawet jest, to jest to coś nie tyle może o czym wcześniej nie wiedzielibyśmy - gdybyśmy tylko chcieli to wiedzieć i zadalibyśmy sobie sami odrobinę trudu żeby do tej wiedzy dojść - ale raczej coś, co miałoby nam ułożyć w głowie pewną - jak to dzisiaj nam każe nazywać Eryk Mistewicz: narrację.
Jaka to narracja? Ano taka że polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych to szambo, i to szambo złożone z zupełnie nieudanych przedsięwzięć, niecelnych diagnoz i złego traktowania swoich partnerów i koalicjantów.
Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, wszystkie te skandalizujące materiały dotyczą jednej strony, tzn. wiemy co amerykańska dyplomacja sądzi o tym i o tamtym, ale… nic nie wiemy co ten i ów sądzi o jakimś polityku amerykańskim! A to stawia cały ten portal i ludzi go tworzących w ciekawym świetle! Nie chce być złośliwy, ale gdybyśmy dowiedzieli się z czyich pieniędzy finansowane jest utrzymywanie tych wszystkich serwerów, na których trzymane są te wszystkie „wycieknięte” pliki, to mogłoby się wtedy okazać że wszystkie pochlebne opinie o Putinie są już całkowicie odarte z tajemniczości.
Ale nie po to o tym wszystkim teraz przecież piszę, żeby ujawnić swoją niewiarę w to że ludzie związani z portalem WikiLeaks to jacyś niezłomni bojownicy o wolność słowa i prawdę w polityce. Wierzę, że każdy kto jakoś dotrze do tej mojej pisaniny i jeszcze te moje bajdurzenia przeczyta, sam o tym wszystkim świetnie wie. Natomiast jest dosyć oczywiste że w końcu zostaną ujawnione jakieś materiały dotyczące Polski i jej stosunków z Ameryką. I tu warto być może się będzie nad tym faktem na chwilkę zatrzymać. Już z tego co zostało ujawnione do tej pory, widać w jaką stronę pójdzie tłumaczenie przez różnej maści zaproszonych do studia „politologów” i „amerykanistów” tego co tych naszych stosunków dotyczy. Otóż okazało się, że Tarczy Antyrakietowej w Polsce nie ma i nie będzie bo ci wstrętni Amerykanie przefrymarczyli z Ruskimi „naszą Tarczę” za poparcie Rosji w sprawie Iranu! Źli Jankesi zdradzili polskiego sojusznika, który przelewa swoją krew w Afganistanie za ruskie srebrniki!
I tu jest być może cały sens tego co bym chciał tym swoim wpisem przekazać. Otóż myślę że wszystko, co jeszcze się z tej całej przeciekowej rozpierduchy na temat Polski pojawi należy odczytywać dokładnie à rebours do tłumaczeń tele-mądrali. I tak, w powyższym przykładzie z Tarczą: jądrem newsa jest nie to że, Jankesi przehandlowali z Ruskimi coś, co było dla nas ważne, ale to że Ruskim aż tak bardzo zależało, żebyśmy w jakikolwiek sposób militarnie nie byli związani z Ameryką, że aż - aby dobić targu w tej sprawie - gotowi byli pójść na układ z Amerykanami i ustąpić z czymś, w pewnym sensie w kluczowej dla nich sprawie irańskiej. Jeśli tak będziemy odczytywać te wszystkie śmieci publikowane przez mocno podejrzany portal, to przyznaję że część tych kwitów może być ciekawa. Ale pod tym jednym właśnie warunkiem: że będziemy myśleć samodzielnie. To może być dla miłośników „zaprzyjaźnionych stacji” trudne, ale przecież nie niemożliwe.
Najciekawszą informacją dotyczącą tych wszystkich tuzów światowej polityki jest chyba ta, która każe nam widzieć w Putinie samca-alfa. Ja tam dokładnie nie wiem czym się charakteryzuję ten cały samiec alfa, ale jeśli tym że za nim, jak za panią matką chodzą pokornie inne samce i żrą mu prosto z łapy wszystko to, co on tam im w swej łaskawości zechce z tej łapy dać, to coś w tym może być.
Skąd wiem? Bo tych żrących z łapy Putina śmierdzące padliną ochłapy mam pod swoim bokiem aż nadto.
Jeśli by się dobrze zastanowić jaki sens miało opublikowanie tych wszystkich materiałów, to po niedługiej pracy zwojów mózgowych, można by się było pokusić o konkluzję że… żaden.
No bo czego my się znowu takiego sensacyjnego dowiedzieliśmy? Że Sarkozy to błazen? No przecież on był takim samym błaznem i tydzień temu, i dwa tygodnie temu i rok temu. Po ukazaniu się materiałów WikiLeaks nie stał się ani błaznem większym ani mniejszym.
Że Berlusconi to dziwkarz i hulaka? No przecież mogliśmy tą wiedzę mieć niejako z pierwszej ręki tzn. od jego byłej żony, kiedy ta, jakiś czas temu udzieliła tuż po rozwodzie (czy jeszcze przed? – nie pamiętam, bo i po co!) jakiejś włoskiej gazecie obszernego wywiadu na temat swojego męża i jego wszystkich słabości.
Tylko ten samiec alfa…? no to jest jakiś news, ale znowu bez przesady - to że Putin chciałby żeby go tak świat i Rosja postrzegały też wiemy od dawna – niby czemu miały służyć te różne sesje zdjęciowe, gdzie nasz gieroj się fotografował z gołą klatą na wierzchowcu, latał odrzutowcem, łowił w zimnej wodzie płocie na wędkę, robił lewatywę uśpionemu tygrysowi czy beształ kierownika masarni że kurczaki u niego są o pół rubla droższe niż w sklepie za rogiem? Wszystko to miało właśnie na celu pokazanie gawiedzi, że ich dobry car Putin to niekwestionowany przywódca stada i tego stada baran przewodnik. I gawiedź chyba w to wierzy i bez przeciękniętych materiałów z WikiLeaks, choć gdybym był złośliwy to bym tej gawiedzi powiedział, że ich samiec alfa na przesłuchaniu, dajmy na to u jego starszego kolegi po fachu - takiego choćby majora Różańskiego - darłby z bólu mordę jak niemowlak błagając o litość, kiedy tamten metodycznie jeden po drugim wyrywałby mu paznokcie czy przyciskał szufladą biurka jego samcze genitalia. Bo prawdziwego samca (alfa czy nie alfa)poznaję się w godzinach próby, a dla pułkownika Putina ta godzina jeszcze nie nadeszła. Choć na jego miejscu nie spałbym zbyt spokojnie, bo pod tą szerokością geograficznej w której przyszło mu grasować, zwykle jeden samiec alfa kończy swój nędzny żywot zupełnie nagle i znienacka, kiedy tylko na horyzoncie pojawia się samiec kolejny.
Ale jednak, ta pochlebna (co by o niej nie pisać) ocena Putina, rzuca nam chyba delikatny snop światła na charakter tej całej zadymy z publikacją tych wszystkich śmieci. Bo to są śmiecie! W tych wszystkich ścinkach nie ma nic wartościowego, a jeśli nawet jest, to jest to coś nie tyle może o czym wcześniej nie wiedzielibyśmy - gdybyśmy tylko chcieli to wiedzieć i zadalibyśmy sobie sami odrobinę trudu żeby do tej wiedzy dojść - ale raczej coś, co miałoby nam ułożyć w głowie pewną - jak to dzisiaj nam każe nazywać Eryk Mistewicz: narrację.
Jaka to narracja? Ano taka że polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych to szambo, i to szambo złożone z zupełnie nieudanych przedsięwzięć, niecelnych diagnoz i złego traktowania swoich partnerów i koalicjantów.
Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, wszystkie te skandalizujące materiały dotyczą jednej strony, tzn. wiemy co amerykańska dyplomacja sądzi o tym i o tamtym, ale… nic nie wiemy co ten i ów sądzi o jakimś polityku amerykańskim! A to stawia cały ten portal i ludzi go tworzących w ciekawym świetle! Nie chce być złośliwy, ale gdybyśmy dowiedzieli się z czyich pieniędzy finansowane jest utrzymywanie tych wszystkich serwerów, na których trzymane są te wszystkie „wycieknięte” pliki, to mogłoby się wtedy okazać że wszystkie pochlebne opinie o Putinie są już całkowicie odarte z tajemniczości.
Ale nie po to o tym wszystkim teraz przecież piszę, żeby ujawnić swoją niewiarę w to że ludzie związani z portalem WikiLeaks to jacyś niezłomni bojownicy o wolność słowa i prawdę w polityce. Wierzę, że każdy kto jakoś dotrze do tej mojej pisaniny i jeszcze te moje bajdurzenia przeczyta, sam o tym wszystkim świetnie wie. Natomiast jest dosyć oczywiste że w końcu zostaną ujawnione jakieś materiały dotyczące Polski i jej stosunków z Ameryką. I tu warto być może się będzie nad tym faktem na chwilkę zatrzymać. Już z tego co zostało ujawnione do tej pory, widać w jaką stronę pójdzie tłumaczenie przez różnej maści zaproszonych do studia „politologów” i „amerykanistów” tego co tych naszych stosunków dotyczy. Otóż okazało się, że Tarczy Antyrakietowej w Polsce nie ma i nie będzie bo ci wstrętni Amerykanie przefrymarczyli z Ruskimi „naszą Tarczę” za poparcie Rosji w sprawie Iranu! Źli Jankesi zdradzili polskiego sojusznika, który przelewa swoją krew w Afganistanie za ruskie srebrniki!
I tu jest być może cały sens tego co bym chciał tym swoim wpisem przekazać. Otóż myślę że wszystko, co jeszcze się z tej całej przeciekowej rozpierduchy na temat Polski pojawi należy odczytywać dokładnie à rebours do tłumaczeń tele-mądrali. I tak, w powyższym przykładzie z Tarczą: jądrem newsa jest nie to że, Jankesi przehandlowali z Ruskimi coś, co było dla nas ważne, ale to że Ruskim aż tak bardzo zależało, żebyśmy w jakikolwiek sposób militarnie nie byli związani z Ameryką, że aż - aby dobić targu w tej sprawie - gotowi byli pójść na układ z Amerykanami i ustąpić z czymś, w pewnym sensie w kluczowej dla nich sprawie irańskiej. Jeśli tak będziemy odczytywać te wszystkie śmieci publikowane przez mocno podejrzany portal, to przyznaję że część tych kwitów może być ciekawa. Ale pod tym jednym właśnie warunkiem: że będziemy myśleć samodzielnie. To może być dla miłośników „zaprzyjaźnionych stacji” trudne, ale przecież nie niemożliwe.
wtorek, 9 listopada 2010
Warto wiedzieć - a w mediach nie powiedzą...
...że Czarny Lud IV RP, którym do niedawna straszono małe dzieci i ich samotne matki, a od którego uwolnił nadwiślańską ludność jednym, zdecydowanym ruchem swojej czystej ręki sam Donald Tusk, czyli Mariusz Kamiński przekazał całe swoje zaległe, roczne dochody z CBA za pośrednictwem Caritasu na rzecz powodzian.
Kwota nie była mała bo wynosiła bez mała 128 tysięcy złotych, choć oczywiście w stosunku do potrzeb ludzi, którzy utracili nierzadko dorobek całego swojego życia jest kroplą w morzu potrzeb. Ale kroplą symboliczną i moim zdaniem wyjątkową. W każdym razie warto o tym wiedzieć i warto ten gest zapamiętać, a w żadnym TVN-ie o tym nie powiedzą. Więc mówmy sobie takie rzeczy sami bo czuję że one się nam mogą jeszcze kiedyś przydać.
Informację podaję za stroną Caritasu - link tutaj.
A poniżej publikuje zdjęcie, które kiedyś ukazało się w Rzepie pod świetnym tekstem Piotra Skwiecińskiego o Mariuszu Kamińskim. I to w jakiś sposób przejmujące zdjęcie, i sam tekst sporo moim zdaniem mówi nam o Mariuszu Kamińskim w kontekście tego gestu o którym tu do Was piszę.
Kwota nie była mała bo wynosiła bez mała 128 tysięcy złotych, choć oczywiście w stosunku do potrzeb ludzi, którzy utracili nierzadko dorobek całego swojego życia jest kroplą w morzu potrzeb. Ale kroplą symboliczną i moim zdaniem wyjątkową. W każdym razie warto o tym wiedzieć i warto ten gest zapamiętać, a w żadnym TVN-ie o tym nie powiedzą. Więc mówmy sobie takie rzeczy sami bo czuję że one się nam mogą jeszcze kiedyś przydać.
Informację podaję za stroną Caritasu - link tutaj.
A poniżej publikuje zdjęcie, które kiedyś ukazało się w Rzepie pod świetnym tekstem Piotra Skwiecińskiego o Mariuszu Kamińskim. I to w jakiś sposób przejmujące zdjęcie, i sam tekst sporo moim zdaniem mówi nam o Mariuszu Kamińskim w kontekście tego gestu o którym tu do Was piszę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)