Podstronice


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wybory prezydenckie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wybory prezydenckie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 lipca 2010

Samobójczy strzał w serduszko, czyli koniec śpiocha?

Każdy kto lubi oglądać sensacyjne filmy lub czytać szpiegowskie książki spotkał się zapewne z pewną specyficzną kategorią bohatera takich opowieści, którą określa się mianem uśpionego szpiega. W skrócie tylko przypomnę, że jest to taki osobnik który co prawda został zwerbowany i przeszkolony, jednak nie rozpoczyna swojej działalności natychmiast, tylko czeka cierpliwie na rozkaz z dowództwa nawet kilka bądź kilkanaście lat. Kiedy już taki rozkaz nadejdzie, rzuca wszystko w diabły i wykonuję ten często jeden, jedyny rozkaz do którego został w odległej przeszłości zwerbowany i specjalnie przygotowany.
Aby taki głęboko zakonspirowany śpioch miał w momencie właściwego „odpalenia” odpowiednią siłę rażenia trzeba mu było oczywiście przez te wszystkie lata uśpienia zbudować odpowiednią pozycję bo przecież wiadomo że musi to być ktoś z odpowiednią pozycją, aby jego wykorzystanie miało jakikolwiek sens. Zainwestowane siły i środki muszą się przecież kiedyś zwrócić, ale specyfiką takiej osoby jest też jeszcze coś co nazwałbym jego „jednorazowością” - można go w momencie jego właściwego wykorzystania już całkowicie spisać na straty. Inwestycja się zamortyzowała, a zużyty sprzęt poszedł do kasacji.
Często zastanawiałem się jaki dylemat przeżywać musi taki „śpioch” , który w międzyczasie osiągnął już jakieś całkiem wymierne profity ze swojej działalności będącej w rzeczywistości przykrywką dla jego faktycznej roli, do której został przygotowany, i który w międzyczasie ułożył sobie wygodne i dostatnie życie oraz zdążył się mocno przywiązać się do swojej wysokiej społecznej pozycji?
Jeśli taki osobnik nie jest kompletnym idiotą to przez cały ten czas musiał żyć w nieznośnym stresie związanym z tymczasowością wszystkiego wokoło. Jeśli nasz śpioch miał odrobinę oleju w głowie to zdążył przez te wszystkie lata odłożyć jakiś kapitał na swój fundusz emerytalny, który pozwoli mu na spokojne i wygodne życie gdzieś na zapleczu społeczeństwa.
Po co o tym wszystkim piszę?
Właśnie mamy okazję chyba oglądać na własne oczy odpalenie takiego wyhodowanego przez lata śpiocha, więc myślę że dosyć ciekawe będzie oglądanie jak się ta cała sytuacja będzie rozwijać.
Do ostatecznej rozgrywki z żyrandolowej wojnie wkracza jakby poza swoim ustalonym harmonogramem Jerzy Owsiak. Z jakiegoś względu nie mogę uwierzyć że ten samobójczy w istocie manewr jest z jego strony podjęty dobrowolnie. Zadanie, które ma on w nadchodzący weekend wykonać jest tak jednoznacznie polityczne i tak zdecydowanie klasyfikowalne po jednej ze stron sporu, że jest absolutnie niemożliwe aby w poniedziałek 5 lipca wszystko co jest związane z Owsiakiem i jego WOŚP mogło wrócić do normalności.
Nie wróci.
Nie wróci z jeszcze jednego powodu: otóż druga strona podjęła wyzwanie i postanowiła śpiocha sprawdzić walką. Wczoraj Marta Kaczyńska podjęła rękawicę i wspomogła autorytetem swoich tragicznie zmarłych rodziców instytucję, przeciwko której de facto przez te wszystkie lata działalność Owsiaka była skierowana, czyli szeroko rozumiany Kościół Katolicki i chrześcijańską dobroczynność - organizacyjnie ujętą w fundację Caritas - w szczególności.
W nadchodzący weekend, w trakcie ciszy wyborczej być może będziemy mieli okazję obejrzeć jak wybudzony śpioch w swojej ostatniej misji dokonuję aktu swojego obywatelskiego samospalenia.
Jakoś nie mogę sobie wyobrazić Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w styczniu 2011. Jeśli o mnie chodzi, nigdy nie ceniłem tego co robił Owsiak, zawsze uważałem jego działalność za wielce szkodliwą i psującą społeczeństwo a zwłaszcza młodzież, więc jeśli się okaże że to będzie prawdziwy koniec Owsiaka i jego fundacji to tak sobie myślę że złamanie zasad ciszy wyborczej (którą zresztą uważam za wyjątkowy idiotyzm, podtrzymywany chyba tylko po to żeby mieć jakąś furtkę do właśnie takich manipulacji) to i tak w sumie mała cena, za to żeby się go z naszego życia społecznego raz na zawsze pozbyć.

Wy tam sobie Owsiak ostatni raz „róbtacochceta”, a My i tak zrobimy co do nas należy.


środa, 30 czerwca 2010

Czego się dowiedziałem o Bronisławie Komorowskim w tej kampanii?

Że ma piątkę dzieci.
Teraz już to wiem na pewno, bo w środowej debacie ze swoim konkurentem do prezydenckiego żyrandola znowu to powtórzył - chyba po raz setny w tej kampanii. Jeśli do piątku zrobi to jeszcze raz, to gotów będę pomyśleć że ma z tym jakiś problem.
Sam w to nie może uwierzyć że mu się coś aż pięć razy udało pod rząd, czy co? !

A tak poza wszystkim innym to Jarosław był wyraźnie lepszy.
Lepszy bo prawdziwszy, choć przecież wszyscy w PO mówią że to podróbka. No, ale jeśli prawdziwy Komorowski tak wygląda na tle podróbki Jarosława, to ja dziękuję za takiego Prezia.

I na koniec pochwała tego co sztab Jarosława Kaczyńskiego zrobił aby rozbroić brudną bombę PO, która miała detonować przed gmachem TVP w momencie przybycia kandydata PiS. To był majstersztyk! Brawo Panie Rewiński!
Siara rządzi!
Po czymś takim, silikonowy głupek z Biłgoraja powinien zjeść własne slipy z bezsilnej złości - najlepiej na wizji w zaprzyjaźnionej stacji - może być u Stokrotki. A na wypadek gdyby za bardzo nie szło, zawsze można popić "małpką" albo specjalnym piwem dla "encyklopedystów".

czwartek, 10 czerwca 2010

Minister pojechał po amunicję

Jakieś dwa tygodnie po smoleńskiej hekatombie napisałem tekst o tym jaki moim zdaniem scenariusz szykuję nam Putin na zagospodarowanie nam tych idiotycznych kilkudziesięciu godzin, które stanowią coś co się nazywa „ciszą wyborczą”, a co stało się dla niego niezbędnym do wykonania dopełnieniem zadania w związku z tą nieszczęśliwą dla niego okolicznością że Jarosław Kaczyński nie wsiadł zrządzeniem Opatrzności do Tupolewa.
W zasadzie plan już był gotowy do realizacji, ale złośliwy Jarosław - jak to on - zmyślnie go pokrzyżował swoją absencją na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego zwołanego tylko po to aby zapoznać jej członków z tym co nam Anodina wydzieliła jako stenogramy zapisu z czarnych skrzynek. Dzień wcześniej w programie u Lisa Tusk powiedział wyraźnie że te stenogramy zostaną opublikowane nie wcześniej niż w poniedziałek, za tydzień, ale w związku z zagraniem Kaczyńskiego (wspartego niespodziewanie przez Napieralskiego) wystąpiła pilna potrzeba przykrycia kolejnej wpadki znawcy kaszalotów oraz mającej się odbyć wieczorem w Hotelu Europejskim debaty z Jadwigą Staniszkis (to się platfusom akurat udało), i ten pomięty zwitek kserówek jaki Ruscy rzucili Tuskowi jak psu kość, trzeba było opublikować jeszcze tego samego popołudnia. Tym samym wystrzelana została przedwcześnie amunicja przygotowana na „tuż przed I turą” i nastąpiły rażące braki w propagandowym uzbrojeniu.
Nic więc dziwnego że w jakimś dziwnym, pilnym trybie wiecznie zafrasowany i spocony Jerzy Miller poleciał awaryjnie do Moskwy po kolejną porcję sensacji. Niby to pod pozorem zagiętej taśmy czy innej technicznej niedogodności przywiózł do Polski „coś”, co niewątpliwie da okazję najemnym cynglom do kilkudniowego podgrzewania atmosfery domysłów w jaki to tajemniczy sposób ś.p. Lech Kaczyński sterroryzował majora Protasiuka do zapikowania w smoleńską glebę rządowym Tupolewem.
Jak na razie wszystko idzie więc tak jak to przewidywałem w swoim starym wpisie, a dla każdego kto nie jest zaczadzony do utraty zmysłów „miłością” mam jedną radę: nie wierzcie w nic co zostanie upublicznione tuż przed ciszą wyborczą. Pamiętajcie że dzisiaj już jest stuprocentowo pewne że zapłakana i mdlejąca Sawicka to był kit.

środa, 9 czerwca 2010

Credo

Jedną z największych katastrof intelektualnych współczesnej Polski jest moim zdaniem doszczętne sformatowanie medialno-ideologiczne Polaków. Mam na myśli taki rodzaj zachowań konsumenckich w sferze medialnej i popkulturowej, który polega na tym że zwolennicy np. „Gazety Wyborczej” czy „Polityki” nie kupią nigdy w kiosku z gazetami „Naszego Dziennika” czy „Najwyższego Czasu” (i na odwrót) przez co nasz polityczny dyskurs przypomina wojnę pozycyjną toczoną na ufortyfikowaniu typu Linia Maginota: zwolennicy jednej i drugiej strony ostrzeliwują się z własnych okopów, sprawiając że jakakolwiek świeża myśl i nowa idea nie ma żadnej szansy na zaistnienie w przestrzeni publicznej, ponieważ nikt kto miałby choćby przez chwilę samobójczą chęć jej wyartykułowania po minutowym zastanowieniu nigdy nie wychyli się spoza tej medialnej kanonady na pewny odstrzał.
Ale z samej konstatacji tego faktu nie wynika jeszcze że w sytuacji, w którą zabrnęliśmy (albo raczej, w którą nas zapędzono) jedynym rozsądnym wyjściem byłoby okrzyknięcie jakiegoś wariantu „opcji zero” i wspólne podjęcie „już od teraz pokojowej, rzeczowej i merytorycznej dyskusji nad kształtem wolnej Polski”.
Dlaczego tak myślę, skoro naokoło wszyscy nawołują do zakończenia wojny polsko-polskiej lub dowodzą że tylko zgoda buduję?

Ano mam ku temu dwa powody: jeden „miękki” i jeden „twardy”.
Miękkim dowodem jest coś co się potocznie nazywa doświadczeniem życiowym. Dla przykładu: jeśli wracając z pracy późnym wieczorem kilka razy w tym samym miejscu zostanę pobity i okradziony, to albo zmienię trasę powrotu, albo schowam w lewą kieszeń płaszcza kastet, a w prawą ostry nóż sprężynowy. W innym przypadku można o mnie mówić że jestem idiotą.
Twardego dowodu dostarczył mi niedawno sam Andrzej Wajda podczas swojego słynnego show w Pałacyku na Wodzie w warszawskich Łazienkach. To co on tam zaprezentował w pełnym bezwstydzie i bez żadnych barokowych ozdobników, do których przyzwyczaili nas przez ostatnie dwadzieścia lat pookrogłostołowej hybrydy polskiej państwowości kolejne „autorytety moralne”, to istne credo środowiska, które tak trafnie Waldemar Łysiak nazwał w swojej publicystyce Różowym Salonem.
W zasadzie cały szeroki obóz patriotyczny, przywiązany do tradycyjnie polskich wartości powinien za ten spicz wystawić Wajdzie pomnik. Chyba nikt dotąd z taką ostentacją nie pokazał nam przy dziennym świetle, bez żadnego zawoalowania o co w tym wszystkim chodzi, jaka jest stawka i (co najważniejsze!) że ani Wajda, ani środowisko, które on sobą reprezentuję, ani „zaprzyjaźnione stację” oraz - co chyba najbardziej przygnębiające – zagraniczni dysponenci salonowców, nie zamierzają tu na miejscu się z nikim i niczym liczyć ani dogadywać.

Całe to dwudziestoletnie, smętne pieprzenie o regułach demokracji, pluralizmie, partnerskich stosunkach, trójpodziale władz, wolności słowa, prawach obywatelskich i prawach człowieka jest o kant dupy potłuc w sytuacji gdy jedna strona politycznej szachownicy prawem kaduka okrzyknęła się nieusuwalną i nieweryfikowalną elitą narodu i jedyną siłą mającą nieprzemijającą koncesję na prawdę i rację.
Wajda dobitnie pokazał wszystkim tym, którzy chcą się wybić na samodzielne myślenie - a nie mają zamiaru bezmyślnie podążać za „partią matką” jak stado pożytecznych idiotów za najczarniejszej komuny - że znowu jesteśmy „my” i „oni”, i pomiędzy tymi dwoma żywiołami nie ma i nigdy nie będzie żadnej linii stycznej.
Nawet gdyby jakiemuś nieuleczalnemu lekkoduchowi przyszła kolejny raz ochota na jakieś ustalanie na nowo priorytetów, wspólnych celów i zakreślania pola do konsensusu, to tyrada Wajdy dobitnie pokazała że taki lekkoduch znowu zostanie bezwstydnie wybzykany na wszelkie możliwe sposoby - tak jak to już się w pookrągłostołowej Polsce odbyło kilkanaście razy: od siekierki Wałęsy zaczynając, poprzez słynny Program Powszechnej Prywatyzacji (pamiętacie te kuriozalne świadectwa udziałowe NFI wciskane odpłatnie biednym ludziom przez Lewandowskiego?) realizowany przez protoplastów PO czyli KLD, aż do polityki miłości, którą próbuję dobić jeszcze ledwo żywą Polskę w zasadzie wciąż ta sama ekipa przewalczy - kończąc.

Skoro jesteśmy znowu nieodwołalnie „my” i „oni”, to jedyne co nam zostaję to przyjęcie po męsku tego faktu do wiadomości i uprzytomnienie sobie powagi sytuacji w jakiej się znaleźliśmy po 10 kwietnia.
Nikt tu się z nami nie będzie cackał: co trzeba będzie oddać - zostanie oddane, co będzie można po pasersku sprzedać - zostanie sprzedane, a resztę zaorają wiecznie głodni posad i ludzkich pieniędzy brukselscy eurokraci pod przewodnictwem kanclerzycy Anieli, do spółki z nową, putinowską Rosją, tak jak to już zrobiono ze smoleńskim grzęzawiskiem na które został strącony Tupolew z naszym Prezydentem i prawie setką wartościowych Polaków.
A z doświadczenia powinniśmy już wiedzieć że żadnej trzeciej drogi nie ma i nigdy nie będzie - albo będzie niepodległa i silna Polska, albo to co nam zafundują tu na miejscu „rusofilscy europejczycy” nie będzie godne aby to nazywać Polską. I tyle

poniedziałek, 17 maja 2010

Ten się nie myli kto nic nie robi.



*************************

Na temat wczorajszych wystąpień członków tzw. komitetu honorowego pełniącego chwilowo obowiązki Prezydenta Polski pisał nic nie będę.
Wychodzę z założenia że pewne rzeczy bronią się same. A już zwłaszcza broni się samo, coraz bardziej słynne w kraju i na świecie (nie, nie tylko na Jamajce - od wczoraj również w Poznaniu, Krakowie ale i w odległej Szkocji) poczucie humoru namiestnika Komorowskiego.
Tak trzymać "hrabio", vivat "professore"!!!