Podstronice


środa, 14 lipca 2010

Ziarnko do ziarnka...

Coraz więcej możemy sobie ułożyć z przecieków pozbieranych to tu, to tam.
Dzięki dociekliwości asów „dziennikarstwa” z Gazety Wyborczej czy TVN 24 coraz więcej tego co się działo na pokładzie rządowego TU 154 ze ś.p. Prezydentem Kaczyńskim i dziewięćdziesięcioma pięcioma osobami na pokładzie zostaję przed nami odkryte.

Z ostatnich doniesień najlepiej poinformowanych w sprawie redakcji, kapitan załogi, major Protasiuk w ostatnich sekundach lotu, nic nie mówiąc rzekł: „Jak nie wyląduję to mnie zabiją, więc lądując ja wam wszystkim pokażę jak lądują debeściaki”.

Po czym z gracją położył rządowego Tupolewa na plecy i w honorowym geście samuraja widowiskowo spadł.

Żartuję? Niesmaczne?
Nie, to nie ja żartuję. A że niesmaczne to fakt.

piątek, 2 lipca 2010

Samobójczy strzał w serduszko, czyli koniec śpiocha?

Każdy kto lubi oglądać sensacyjne filmy lub czytać szpiegowskie książki spotkał się zapewne z pewną specyficzną kategorią bohatera takich opowieści, którą określa się mianem uśpionego szpiega. W skrócie tylko przypomnę, że jest to taki osobnik który co prawda został zwerbowany i przeszkolony, jednak nie rozpoczyna swojej działalności natychmiast, tylko czeka cierpliwie na rozkaz z dowództwa nawet kilka bądź kilkanaście lat. Kiedy już taki rozkaz nadejdzie, rzuca wszystko w diabły i wykonuję ten często jeden, jedyny rozkaz do którego został w odległej przeszłości zwerbowany i specjalnie przygotowany.
Aby taki głęboko zakonspirowany śpioch miał w momencie właściwego „odpalenia” odpowiednią siłę rażenia trzeba mu było oczywiście przez te wszystkie lata uśpienia zbudować odpowiednią pozycję bo przecież wiadomo że musi to być ktoś z odpowiednią pozycją, aby jego wykorzystanie miało jakikolwiek sens. Zainwestowane siły i środki muszą się przecież kiedyś zwrócić, ale specyfiką takiej osoby jest też jeszcze coś co nazwałbym jego „jednorazowością” - można go w momencie jego właściwego wykorzystania już całkowicie spisać na straty. Inwestycja się zamortyzowała, a zużyty sprzęt poszedł do kasacji.
Często zastanawiałem się jaki dylemat przeżywać musi taki „śpioch” , który w międzyczasie osiągnął już jakieś całkiem wymierne profity ze swojej działalności będącej w rzeczywistości przykrywką dla jego faktycznej roli, do której został przygotowany, i który w międzyczasie ułożył sobie wygodne i dostatnie życie oraz zdążył się mocno przywiązać się do swojej wysokiej społecznej pozycji?
Jeśli taki osobnik nie jest kompletnym idiotą to przez cały ten czas musiał żyć w nieznośnym stresie związanym z tymczasowością wszystkiego wokoło. Jeśli nasz śpioch miał odrobinę oleju w głowie to zdążył przez te wszystkie lata odłożyć jakiś kapitał na swój fundusz emerytalny, który pozwoli mu na spokojne i wygodne życie gdzieś na zapleczu społeczeństwa.
Po co o tym wszystkim piszę?
Właśnie mamy okazję chyba oglądać na własne oczy odpalenie takiego wyhodowanego przez lata śpiocha, więc myślę że dosyć ciekawe będzie oglądanie jak się ta cała sytuacja będzie rozwijać.
Do ostatecznej rozgrywki z żyrandolowej wojnie wkracza jakby poza swoim ustalonym harmonogramem Jerzy Owsiak. Z jakiegoś względu nie mogę uwierzyć że ten samobójczy w istocie manewr jest z jego strony podjęty dobrowolnie. Zadanie, które ma on w nadchodzący weekend wykonać jest tak jednoznacznie polityczne i tak zdecydowanie klasyfikowalne po jednej ze stron sporu, że jest absolutnie niemożliwe aby w poniedziałek 5 lipca wszystko co jest związane z Owsiakiem i jego WOŚP mogło wrócić do normalności.
Nie wróci.
Nie wróci z jeszcze jednego powodu: otóż druga strona podjęła wyzwanie i postanowiła śpiocha sprawdzić walką. Wczoraj Marta Kaczyńska podjęła rękawicę i wspomogła autorytetem swoich tragicznie zmarłych rodziców instytucję, przeciwko której de facto przez te wszystkie lata działalność Owsiaka była skierowana, czyli szeroko rozumiany Kościół Katolicki i chrześcijańską dobroczynność - organizacyjnie ujętą w fundację Caritas - w szczególności.
W nadchodzący weekend, w trakcie ciszy wyborczej być może będziemy mieli okazję obejrzeć jak wybudzony śpioch w swojej ostatniej misji dokonuję aktu swojego obywatelskiego samospalenia.
Jakoś nie mogę sobie wyobrazić Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w styczniu 2011. Jeśli o mnie chodzi, nigdy nie ceniłem tego co robił Owsiak, zawsze uważałem jego działalność za wielce szkodliwą i psującą społeczeństwo a zwłaszcza młodzież, więc jeśli się okaże że to będzie prawdziwy koniec Owsiaka i jego fundacji to tak sobie myślę że złamanie zasad ciszy wyborczej (którą zresztą uważam za wyjątkowy idiotyzm, podtrzymywany chyba tylko po to żeby mieć jakąś furtkę do właśnie takich manipulacji) to i tak w sumie mała cena, za to żeby się go z naszego życia społecznego raz na zawsze pozbyć.

Wy tam sobie Owsiak ostatni raz „róbtacochceta”, a My i tak zrobimy co do nas należy.


czwartek, 1 lipca 2010

Zmień kraj, idź na wybory...

oddaj babci dowód i zabierz pilota od TVN.

środa, 30 czerwca 2010

Czego się dowiedziałem o Bronisławie Komorowskim w tej kampanii?

Że ma piątkę dzieci.
Teraz już to wiem na pewno, bo w środowej debacie ze swoim konkurentem do prezydenckiego żyrandola znowu to powtórzył - chyba po raz setny w tej kampanii. Jeśli do piątku zrobi to jeszcze raz, to gotów będę pomyśleć że ma z tym jakiś problem.
Sam w to nie może uwierzyć że mu się coś aż pięć razy udało pod rząd, czy co? !

A tak poza wszystkim innym to Jarosław był wyraźnie lepszy.
Lepszy bo prawdziwszy, choć przecież wszyscy w PO mówią że to podróbka. No, ale jeśli prawdziwy Komorowski tak wygląda na tle podróbki Jarosława, to ja dziękuję za takiego Prezia.

I na koniec pochwała tego co sztab Jarosława Kaczyńskiego zrobił aby rozbroić brudną bombę PO, która miała detonować przed gmachem TVP w momencie przybycia kandydata PiS. To był majstersztyk! Brawo Panie Rewiński!
Siara rządzi!
Po czymś takim, silikonowy głupek z Biłgoraja powinien zjeść własne slipy z bezsilnej złości - najlepiej na wizji w zaprzyjaźnionej stacji - może być u Stokrotki. A na wypadek gdyby za bardzo nie szło, zawsze można popić "małpką" albo specjalnym piwem dla "encyklopedystów".

środa, 23 czerwca 2010

WYBORCZY FLASH MOB

Przyszło mi do głowy (na wieść o zaplanowanej akurat na „ciszę wyborczą” hucpie z Owsiakiem i żoną jednego z najfrywolniejszych prezydentów Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej w rolach głównych) że fajnie by było zmobilizować jakimś cudem tą cześć społeczeństwa polskiego, która nie chcę się dać robić kolejny raz w balona - jak to się już tradycyjnie u nas dzieję przy każdej elekcyjnej okazji przy wykorzystaniu wciąż tych samych ludzi od mokrej, medialnej roboty i tych samych środków masowego rażenia i urabiania opinii społecznej - do małej i zupełnie niewinnej akcji obywatelskiego bojkotu.
Ciekawe jak duża jest siła Internetu. Może warto to sprawdzić?



Skoro grupa nieznanych sobie osób nie połączona żadną wspólną ideą może dokonać spontanicznego „Flash mob” i w kilka godzin skrzyknąć się w sieci aby dokonać jakiegoś groteskowego happeningu w realu, to może i my moglibyśmy rozpropagować przez net coś co roboczo nazwałem „Weekendem bez TVN-u” w dniach 3-4 lipca 2010 roku?
Skoro bez żadnego dyrygenta, zupełnie spontanicznie i pod wpływem nastroju chwili nasi Rodacy potrafili wygwizdać z krakowskiego telebimu program stacji TVN nadawany w dniu pogrzebu prezydenckiej pary na Wawelu, oraz Stokrotkę chcącą zapalić znicz pod Pałacem Prezydenckim to może i taka demonstracja niechęci do manipulatorów się uda?
Tym bardziej że ostatni wieczór wyborczy w wykonaniu oficerów frontu ideologicznego zatrudnionych w „imperium Waltera i Wejcherta” dowiódł że z ich strony żadnej smoleńskiej refleksji nie ma się co spodziewać. Czyli takie nasze małe „Zabierz babci pilota od dekodera N”.
Jakieś pomysły?

wtorek, 22 czerwca 2010

Moja dziwna prawicowość

Często kiedyś zastanawiałem się nad swoim podejściem do pojęć lewica/prawica.
Ostatnio wróciłem do tych swoich starych rozważań pod wpływem kilku zdaniowej wymiany myśli z moim blogpressowym druhem Yarrokiem. W skrócie chodziło o tzw. środowisko muzyków rockowych związanych z małym, uniwersyteckim miasteczkiem Canterbury i o to że to środowisko było wyjątkowo lewicowe w odróżnieniu od omawianego we wpisie Yarroka herosa hard-rockowej gitary Teda Nugenta, który to z kolei jest i był zawsze ultraprawicowcem. W sytuacji emocjonalnych rozterek związanych z orientacją polityczną naszych ulubionych artystów sprawę rozwiązałem już bardzo dawno temu, idąc za radą udzieloną przez jednego z bohaterów filmu „Rejs” (notabene nakręconego przez esbeckiego kapusia, który lata całe uchodził u nas za modelowego antykomunistę), a która to spiżowa rada brzmiała: „należy oddzielić twórcę od tworzywa”.
Tak więc oddzielam z powodzeniem moje atawistyczne wręcz przywiązanie do katolicyzmu od satanizmu tekstów Black Sabbath, moją prawicowość w kwestiach politycznych od lewicującego wydźwięku książek i filmów komunisty Eli Kazana, moją atencję do wolnego rynku z wrażliwością społeczną Emila Zoli, mój tradycyjny stosunek do stosunków społecznych i nadrzędnej roli rodziny w świecie od anarchistycznego podejścia do życia hippsowskich środowisk z okolic zespołu Grateful Dead czy też roli homoseksualizmu w sztuce od dzieł Caravaggia.
Te kwestię już dawno przestały dla mnie istnieć, ponieważ moja wrażliwość na literaturę, muzykę czy malarstwo jest właściwie wyabstrahowana z zabarwień polityczno-społecznych. Był to kiedyś dla mnie jakiś problem, z którym musiałem się zmierzyć w pewnym momencie swojego życia. Kiedy musiałem się zastanowić jak pogodzić swoją lekko hippisowską młodość i wszystko to co było jej bagażem złożonym z moich osobistych doświadczeń, od tego co chcę popierać w życiu dorosłym, które niesie ze sobą pewien rodzaj odpowiedzialności za kształt przyszłego świata, który chcemy zostawić po sobie naszym dzieciom. Postanowiłem więc nie mieszać polityki z „tworzywem”, ale tu, na marginesie ważna uwaga: nie będę oceniał politycznie dawnych piosenek Perfectu, ale jak najbardziej będę oceniał polityczne brednie wygłaszane ex cathedra przez pajaca Hołdysa. To właśnie przykład kiedy sam „artysta” wchodzi z buciorami we własne tworzywo i miesza społeczne role. Zapomina o swojej prawdziwej roli rockowego (? Co on tam ma wspólnego z rock and rollem to inna sprawa? ) grajka i wchodzi w rolę „mędrca” i „autorytetu moralnego” do których to ról nie ma żadnych kompetencji.
W efekcie - sam dezawuuję swoją dawną twórczość ( której prywatnie wyjątkowo nie znoszę, bo uważam ją za drastyczny przykład muzycznego buractwa „z ambicjami” czyli akurat coś - czego mający w sobie nieusuwalnie wmontowany element buntu i anarchii rock’and’roll - w najmniejszym stopniu nie przyswaja) wychodząc na nadętego pajaca, którym zresztą jest.

Natomiast ja dalej będę z lubością słuchał płyt Bruce’a Springsteena choć uważam że angażując się tak bardzo w popieranie Obamy w jego kampanii wyborczej, w moich oczach okazał się kompletnym, politycznym idiotą. Co ciekawe i paradoksalne, jest to artysta, który w swoich tekstach często zachwycał mnie swoją umiejętnością uchwycenia i przedstawienia w ciekawym świetle stosunków społeczno-politycznych panujących we współczesnej Ameryce (np. wszystkie teksty na świetnej i ultra-przebojowej płycie „Born In The U.S.A.” są chyba najciekawszą analizą społeczną post-reaganowskich lat osiemdziesiątych! ). Jak widać na tych dwóch, powyższych przykładach sam twórca też powinien nauczyć się oddzielać siebie od tworzywa w którym tworzy.

Dlaczego akurat teraz postanowiłem o tym napisać? Powód jest z mojego punktu widzenia bardzo ciekawy, ale należy się tutaj kilka słów wyjaśnienia. Otóż przed rokiem 2005, czyli słynnym rokiem niedoszłego POPiSu właściwie „od zawsze”, czyli od 4 czerwca 1992 roku oddawałem swoje głosy na UPR bądź samego Janusza Korwin-Mikke. Uważałem że to co on robi, choć w krótkiej perspektywie czasu nie ma żadnych szans na przebicie się do szerokiego, politycznego meanstreamu, to jednak stanowi jakiś kapitał ideowy na przyszłość, że jest swoistym inkubatorem prokapitalistycznych zachowań gotowych w jakiejś niedalekiej przyszłości do wykorzystania przy budowie prawdziwej klasy średniej, niezbędnej siły w nowoczesnym społeczeństwie, a której powstania jak ognia bała się cała ta hołota trzęsąca od dwudziestu lat polską rzeczywistością. Uważałem że we współczesnej Polsce, po obaleniu rządu Jana Olszewskiego i tryumfalnym powrocie komunistów i styropianowych kapusi do władzy prędko nie pojawi się na scenie żadna siła polityczna na tyle silna aby samodzielnie przejąć stery władzy i zrobić tu na miejscu jako-taki porządek.
Po pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2005 roku ujrzałem tą szansę i oddałem swoje całkowite poparcie Lechowi Kaczyńskiemu, a swoje nadzieję ulokowałem w projekcie braci. To było z mojego ówczesnego punktu widzenia spore ryzyko, ale nie dość że się nie zwiodłem, to jeszcze doznałem czegoś, co się tak nieszczęśliwie w pisanej i mówionej polszczyźnie określa pozytywnym rozczarowaniem. Miałem do tamtej chwili obydwu braci Kaczyńskich za przyzwoitych i uczciwych, ale jednak gospodarczych i społecznych lewaków, a okazało się że to właśnie nie kto inny ale to właśnie oni obniżyli w Polsce jak nikt inny przed nimi podatki (choć doceniam to co zrobiła dla przedsiębiorców ekipa Leszka Millera obniżając CIT) oraz dosyć przyzwoicie obniżyli tempo naszego zadłużania się. Może nie było to aż tak radykalne, jak bym sam tego chciał, ale mając na uwadze otoczenie i klimat w jakim przyszło im działać to i to wydaję się wręcz cudem. A przecież „w pakiecie” dostałem od obydwu braci Kaczyńskich to co jest wyjątkowo bliskie mojemu sercu: uszanowanie dla tradycji AK-owskiej i niepodległościowej oraz szacunek dla tego wszystkiego co stanowi naszą tradycję narodową i spuściznę historyczną. Niewykluczone zresztą że to ostatnie było przyczyną największej nienawiści do nich ze strony wszelkiej maści lewaków i kosmopolitów nie zapominając też oczywiście o tzw. wewnętrznej frakcji zagranicznej porozsiewanej równomiernie niemal w każdym zakątku polskiego życia społeczno-biznosowo-medialno-kulturalnego.
Na tym tle to co zrobili z Polską i jej gospodarką w przeciągu zaledwie trzech ostatnich lat „prorynkowi liberałowie” z Platformy to czystej wody komunizm. Stan Polski, w jakim zostawią nam ją Tusk, Grad, Rostowski i Sikorski to będzie istne pobojowisko.
W każdej dziedzinie.
I nie ma się co oszukiwać: czeka nas mniej więcej taka sama praca, jaką w swoich domostwach są zmuszeni wykonać ci wszyscy nasi współobywatele, których doświadczyła tak strasznie ostatnia powódź – odgruzowywanie, odszlamianie, osuszanie i odbudowa. Na każdym odcinku.
Trzeba tylko jeszcze (bagatela!) jak najszybciej odbić naszą Polskę z rąk niekompetentnych i szkodliwych Hunów, żeby w ogóle było jeszcze co zbierać. I to jest właśnie moja dzisiejsza prawicowość – odstępstwo od ideologicznie czystego, ale nierealnego i nie występującego w przyrodzie w stanie czystym, UPeeRowskiego modelu na rzecz realnego i możliwego do zastosowania w praktyce modelu pragmatyka Jarosława Kaczyńskiego. Róbmy więc swoje, słuchając w międzyczasie Black Sabbath, Bruce’a Spreengsteena, Teda Nugenta czy muzyków z Canterbury.







****************
Pozdrawiam przy okazji Yarroka, bo dzięki jego tekstowi sięgnąłem na zakurzoną półkę żeby sobie odnowić kontakt z muzyką Amboy Dukes i „Double Live – Gonzo”.