piątek, 5 lutego 2010
czwartek, 4 lutego 2010
środa, 3 lutego 2010
Putin ratownik.
Platforma ma w ostatnich miesiącach spore kłopoty, a i sam Tusk chyba wreszcie poczuł że tonie. Stąd i decyzja żeby wymarzone żyrandole i pałace zamienić na to wszystko co da się jeszcze z dawnej władzy w PO uratować. Kiedy w takiej sytuacji koło ratunkowe rzuca Tuskowi sam Putin wszyscy w Polsce powinni mieć sporo do przemyślenia.
Zwykle w swoich tekstach staram się moje opinie bardzo starannie motywować, ale tym razem nie zamierzam nic udowadniać - ten jeden raz zabawię się w samą insynuację. Kto ma łepetynę wypełnioną pofałdowaną substancją niech myśli. Reszta niech się zajmie jak zwykle słuchaniem jak rosną stokrotki albo gonieniem uciekającego lisa.
Zwykle w swoich tekstach staram się moje opinie bardzo starannie motywować, ale tym razem nie zamierzam nic udowadniać - ten jeden raz zabawię się w samą insynuację. Kto ma łepetynę wypełnioną pofałdowaną substancją niech myśli. Reszta niech się zajmie jak zwykle słuchaniem jak rosną stokrotki albo gonieniem uciekającego lisa.
niedziela, 31 stycznia 2010
Tu Radio Gdańsk! Nadajemy na żywo!
Blisko rok temu stado dziennikarskich konformistów (jest w języku polskim takie jedno słowo oddające znacznie lepiej to jak widzę to całe dziennikarskie towarzystwo, ale nie ma technicznych możliwości żeby ten tekst był widoczny na ekranach monitorów tylko w godzinach 23.00 – 6.00, więc stosuję dopuszczalne zamienniki) zawyło z oburzenia gdy dziennikarze radiowej Trójki przeprowadzili wywiad z Jarosławem Kaczyńskim na jego prośbę nie w studio radiowym a w siedzibie jego partii. Jak to?! Góra do Mahometa czy Mahomet do góry?! To Jaśnie Wielmożny Pan Prezes nie dość że sobie dobiera dziennikarzy z którymi ma przyjemność rozmawiać to jeszcze ustala gdzie wywiad ma się odbyć?! Horrendum!
Do pewnego momentu, dopóki dyrektorem radiowej „Jedynki” był Jacek Sobala to raz w tygodniu wyznaczony i zaakceptowany przez Kaczyńskiego dziennikarz odpytywał Prezesa Kaczyńskiego o to czy tamto. Nastał jednak czas medialnych porządków i Jacka Sobalę zastąpił niejaki Wincenty Pipka, który powziął decyzję że czas skończyć z tą dobrocią dla Kaczyńskiego.
No i dobra. Nie ma sprawy. Wywiad z Kaczyńskim przeprowadził więc kto inny, z innej stacji – właśnie ze wspomnianej „Trójki”, która była wtedy pod zarządem Krzysztofa Skowrońskiego.
Właściwie, do tego momentu nie ma o czym pisać. Bo i o czym? Wolno Kaczyńskiemu stawiać swoje warunki, wolno panu Pipce na nie się wypiąć. Ale kiedy ten „jedynkowy” ostracyzm złamał „trójkowy” Skowroński podniósł się raban. Być może to właśnie było ostatnim kamyczkiem w lawinie zarzutów o „pisizm”, który pozwolił wykosić Krzysztofa Skowrońskiego z dyrektorowania w „Trójce”? Tego się już pewnie nie dowiemy, ale warto sobie przypomnieć ten klangor oburzenia że do Prezesa Kaczyńskiego „na kolanach usłużni, pisowscy dziennikarze jadą po wywiad”.
Dlaczego?
Ano dlatego że dzisiaj nikt nie wyję kiedy Olejnik jedzie (nie wiem czy miała jakieś ochraniacze na kolana – guzik mnie to obchodzi) aż do Gdańska po wywiad z Tuskiem.
Konformizm?
Ach ta niedoskonała technologia! Może by tak ktoś znalazł sposób żeby ten tekst mógł się pojawiać pomiędzy 23.00 a 06.00?
Zaczyna mi już brakować eufemizmów!
Do pewnego momentu, dopóki dyrektorem radiowej „Jedynki” był Jacek Sobala to raz w tygodniu wyznaczony i zaakceptowany przez Kaczyńskiego dziennikarz odpytywał Prezesa Kaczyńskiego o to czy tamto. Nastał jednak czas medialnych porządków i Jacka Sobalę zastąpił niejaki Wincenty Pipka, który powziął decyzję że czas skończyć z tą dobrocią dla Kaczyńskiego.
No i dobra. Nie ma sprawy. Wywiad z Kaczyńskim przeprowadził więc kto inny, z innej stacji – właśnie ze wspomnianej „Trójki”, która była wtedy pod zarządem Krzysztofa Skowrońskiego.
Właściwie, do tego momentu nie ma o czym pisać. Bo i o czym? Wolno Kaczyńskiemu stawiać swoje warunki, wolno panu Pipce na nie się wypiąć. Ale kiedy ten „jedynkowy” ostracyzm złamał „trójkowy” Skowroński podniósł się raban. Być może to właśnie było ostatnim kamyczkiem w lawinie zarzutów o „pisizm”, który pozwolił wykosić Krzysztofa Skowrońskiego z dyrektorowania w „Trójce”? Tego się już pewnie nie dowiemy, ale warto sobie przypomnieć ten klangor oburzenia że do Prezesa Kaczyńskiego „na kolanach usłużni, pisowscy dziennikarze jadą po wywiad”.
Dlaczego?
Ano dlatego że dzisiaj nikt nie wyję kiedy Olejnik jedzie (nie wiem czy miała jakieś ochraniacze na kolana – guzik mnie to obchodzi) aż do Gdańska po wywiad z Tuskiem.
Konformizm?
Ach ta niedoskonała technologia! Może by tak ktoś znalazł sposób żeby ten tekst mógł się pojawiać pomiędzy 23.00 a 06.00?
Zaczyna mi już brakować eufemizmów!
sobota, 30 stycznia 2010
Spękał. I co teraz?
Decyzja Tuska o wycofaniu się z walki o prezydenturę to pierwsza, w miarę racjonalna decyzja szefa polskiego rządu od kilkunastu miesięcy, a właściwie to pierwsza racjonalna decyzja od samego początku objęcia przez platformianą ekipę najważniejszych urzędów w Państwie.
Nie ma większego sensu abym dołączał się tym wpisem to wszystkich tych, którzy w swojej sieciowej publicystyce próbowali obszernie motywując znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego?

Odpowiedź jest z jednej strony zbyt banalna (na poziomie chęci zdobycia przez Tuska prezydenckiego fotela po prostu dotarło do niego wreszcie, że przegrałby tą walkę z obecnym Prezydentem), a z drugiej zbyt skomplikowana (przegrana w wyborach prezydenckich rodzi scenariusze, które eliminują Tuska z wielkiej polityki prawdopodobnie na zawsze). Tusk po prostu musiał się wycofać z walki o prezydenturę aby ratować wszystko to co się jeszcze da uratować w obliczu nadchodzącej katastrofy, oraz zrealizować naprędce powstały „plan B”, tzn. tak ustawić sprawy w nadchodzących kampaniach wyborczych (proszę pamiętać że będą tak naprawdę aż trzy: samorządowa, prezydencka i parlamentarna!) aby jak najbardziej zaszkodzić PiS-owi nie dopuszczając aby zgromadził w swoich rękach tyle władzy aby mógł skrupulatnie i na spokojnie rozliczyć obecne rządy PO.
Bo takie rozliczenia byłyby dla PO zabójcze!
W przeciwieństwie do rozliczeń PiS-u, z których pozostał chyba już tylko ten nieszczęsny, ale jakoś tam symboliczny dorsz Głupiej Julki, po platformie i ludowcach zostanie cały, pękaty kufer spraw, które mogą postawić polityków tych ugrupowań nawet nie przed Trybunałem Stanu (choć ten też by miał sporo do roboty!), ale zwykłym sądem zajmującym się osądzaniem pospolitych przestępstw przeciwko mieniu.
Stocznie i wszystkie podejrzane działania Aleksandra Grada, kontrakt gazowy z Ruskimi, ugoda z Eureko, sprawy gazowe i energetyczne (niejasne działania dla Goldman & Sachs Marcinkiewicza, cała działalność W. Pawlaka w negocjacjach z Gazpromem o których tak zajmująco piszę Aleksander Ścios) że o mniejszych sprawach lokalnych baronów PO nie wspomnę (Sopot, Szczecin, Dolny Śląsk itp.) – naprawdę jest się w czym grzebać na długie miesiące i lata, i za każdym razem będą to sprawy na pewno o wiele większego kalibru niż słynny laptop Zbigniewa Ziobry.
I dlatego nasz „król sondaży” MUSIAŁ poświęcić marzenie swojego życia. Bo marzenia to jedno, a przysłowiowy wróbel w garści to drugie.
I teraz chciałbym się zastanowić nad takim pytaniem, które sam sobie zechciałem zadać, a mianowicie - trawestując klasyka: jak dobić tą szkodliwą dla Polski watahę?
Co powinni zrobić decydenci PiS-u, aby z jednej strony pokrzyżować plany Tuska i jego „biblioteki” czyli zdobyć co tylko się da w nadchodzących wyborach (wszystkich trzech) a jednocześnie zrealizować plan Tuska `a rebours czyli doprowadzić do zniszczenia i rozsypania się w drobny pył Platformy Obywatelskiej uznając ją jako jedną z najbardziej szkodliwych obecnie dla naszej Ojczyzny organizacji?
Moim zdaniem klucz leży w wyborach samorządowych. To tam będzie najtrudniej uderzyć w Platformę i to te właśnie wybory będzie ludziom z PiS-u najtrudniej wygrać. Nie odpuszczając w żadnym wypadku wyborów prezydenckich, które trzeba wygrać z kilku powodów, ale głównie dlatego że posiadanie swojego prezydenta jak dowiodły ostatnie lata jest w miarę skutecznym, swoistym „firewalllem” przeciwko nadmiernemu rozpanoszeniu się tego wszystkiego co najbardziej szkodzi Polsce, nie odpuszczając w żadnym wypadku wyborów parlamentarnych, które trzeba wygrać aby po prostu zdobyć realną władzę i znowu spróbować zadbać o interesy Polski wewnątrz i na zewnątrz, najbardziej bolesnym ciosem w sam splot słoneczny PO będzie zminimalizowanie ich wpływów właśnie w terenie. Bo to tam, jak udowodniła sprawa chłopców na posyłki Sobiesiaka można szerzyć gangrenę korupcji najboleśniej degenerując kraj w stopniu największym.
Reasumując: przed PiS-em nie lada zadanie, po stokroć trudniejsze niż w 2005 roku – trzeba wygrać Wielkiego Szlema.
Każdy inny scenariusz nie załatwia sprawy definitywnie. Miejmy nadzieję że Jarosław Kaczyński nie przespał ostatnich lat.
Nie ma większego sensu abym dołączał się tym wpisem to wszystkich tych, którzy w swojej sieciowej publicystyce próbowali obszernie motywując znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego?
Odpowiedź jest z jednej strony zbyt banalna (na poziomie chęci zdobycia przez Tuska prezydenckiego fotela po prostu dotarło do niego wreszcie, że przegrałby tą walkę z obecnym Prezydentem), a z drugiej zbyt skomplikowana (przegrana w wyborach prezydenckich rodzi scenariusze, które eliminują Tuska z wielkiej polityki prawdopodobnie na zawsze). Tusk po prostu musiał się wycofać z walki o prezydenturę aby ratować wszystko to co się jeszcze da uratować w obliczu nadchodzącej katastrofy, oraz zrealizować naprędce powstały „plan B”, tzn. tak ustawić sprawy w nadchodzących kampaniach wyborczych (proszę pamiętać że będą tak naprawdę aż trzy: samorządowa, prezydencka i parlamentarna!) aby jak najbardziej zaszkodzić PiS-owi nie dopuszczając aby zgromadził w swoich rękach tyle władzy aby mógł skrupulatnie i na spokojnie rozliczyć obecne rządy PO.
Bo takie rozliczenia byłyby dla PO zabójcze!
W przeciwieństwie do rozliczeń PiS-u, z których pozostał chyba już tylko ten nieszczęsny, ale jakoś tam symboliczny dorsz Głupiej Julki, po platformie i ludowcach zostanie cały, pękaty kufer spraw, które mogą postawić polityków tych ugrupowań nawet nie przed Trybunałem Stanu (choć ten też by miał sporo do roboty!), ale zwykłym sądem zajmującym się osądzaniem pospolitych przestępstw przeciwko mieniu.
Stocznie i wszystkie podejrzane działania Aleksandra Grada, kontrakt gazowy z Ruskimi, ugoda z Eureko, sprawy gazowe i energetyczne (niejasne działania dla Goldman & Sachs Marcinkiewicza, cała działalność W. Pawlaka w negocjacjach z Gazpromem o których tak zajmująco piszę Aleksander Ścios) że o mniejszych sprawach lokalnych baronów PO nie wspomnę (Sopot, Szczecin, Dolny Śląsk itp.) – naprawdę jest się w czym grzebać na długie miesiące i lata, i za każdym razem będą to sprawy na pewno o wiele większego kalibru niż słynny laptop Zbigniewa Ziobry.
I dlatego nasz „król sondaży” MUSIAŁ poświęcić marzenie swojego życia. Bo marzenia to jedno, a przysłowiowy wróbel w garści to drugie.
I teraz chciałbym się zastanowić nad takim pytaniem, które sam sobie zechciałem zadać, a mianowicie - trawestując klasyka: jak dobić tą szkodliwą dla Polski watahę?
Co powinni zrobić decydenci PiS-u, aby z jednej strony pokrzyżować plany Tuska i jego „biblioteki” czyli zdobyć co tylko się da w nadchodzących wyborach (wszystkich trzech) a jednocześnie zrealizować plan Tuska `a rebours czyli doprowadzić do zniszczenia i rozsypania się w drobny pył Platformy Obywatelskiej uznając ją jako jedną z najbardziej szkodliwych obecnie dla naszej Ojczyzny organizacji?
Moim zdaniem klucz leży w wyborach samorządowych. To tam będzie najtrudniej uderzyć w Platformę i to te właśnie wybory będzie ludziom z PiS-u najtrudniej wygrać. Nie odpuszczając w żadnym wypadku wyborów prezydenckich, które trzeba wygrać z kilku powodów, ale głównie dlatego że posiadanie swojego prezydenta jak dowiodły ostatnie lata jest w miarę skutecznym, swoistym „firewalllem” przeciwko nadmiernemu rozpanoszeniu się tego wszystkiego co najbardziej szkodzi Polsce, nie odpuszczając w żadnym wypadku wyborów parlamentarnych, które trzeba wygrać aby po prostu zdobyć realną władzę i znowu spróbować zadbać o interesy Polski wewnątrz i na zewnątrz, najbardziej bolesnym ciosem w sam splot słoneczny PO będzie zminimalizowanie ich wpływów właśnie w terenie. Bo to tam, jak udowodniła sprawa chłopców na posyłki Sobiesiaka można szerzyć gangrenę korupcji najboleśniej degenerując kraj w stopniu największym.
Reasumując: przed PiS-em nie lada zadanie, po stokroć trudniejsze niż w 2005 roku – trzeba wygrać Wielkiego Szlema.
Każdy inny scenariusz nie załatwia sprawy definitywnie. Miejmy nadzieję że Jarosław Kaczyński nie przespał ostatnich lat.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Czytanie szkodzi na głowę?
Ostatnio zaczyna rozsypywać się w gruzy teza, którą od młodości wpajali mi moi rodzice i dziadkowie, a mianowicie teza że od czytania dużej ilości książek człowiek staję się mądrzejszy. Niewielkie wątpliwości zaczęły kiełkować w mojej głowie już w chwili, w której dowiedziałem się że poseł Palikot jest „znawcą i miłośnikiem Gombrowicza”. No bo jeśli jest „znawcą i miłośnikiem” to ani chybi że go pewnie dużo czytał. Może nawet sporą część ze zrozumieniem?
Ale szybko się z tego niemiłego dysonansu otrząsnąłem bo przypomniałem sobie słynną ludową sentencję o regule i wyjątkach. I tak uspokojony powróciłem do swoich lektur, wiedząc że nie dość że nic mi od nich nie grozi, to może mnie one nawet troszeczkę podźwigną na wyższy intelektualnie poziom?
I czytałbym sobie te swoje ulubione książki beztrosko dalej, aż tu jakieś złe licho mnie podkusiło żeby sobie pooglądać w telewizji jak to wesoła gromadka posłów z Sejmowej Komisji Cmentarnej bierze w krzyżowy ogień delikatnie podchwytliwych pytań umalowanego jak tania ladacznica posła Chlebowskiego.
I w pewnym momencie tego swojego show poseł Chlebowski uznał za stosowne pochwalić się przed telewidzami a więc w tym momencie i mną, tym że czyta dużo książek, i to nie byle jakich książek, ale specjalnie to sobie upodobał książki Kena Folleta.
Masz ci los – kolejny erudyta!
Zmroziło mnie!
Więc jednak. Jednak czytanie niektórym szkodzi – i to ewidentnie szkodzi na głowę. Boże, ale może nie wszystkim? Może tylko niektórym?
W tym momencie przypomniało mi się co Oleksy powiedział Gudzowatemu i troszkę się uspokoiłem – on temu Gudzowatemu powiedział coś takiego:
„- teraz to ja zamierzam dużo czytać, bo chcę być ostry jak brzytwa”.
Widać różni ludzie różnie reagują. Łysy coś przeczyta i jest ostry ja brzytwa, a człowiek o żółtych włosach poczyta sobie Folleta i jest cienki jak igła.
Ale szybko się z tego niemiłego dysonansu otrząsnąłem bo przypomniałem sobie słynną ludową sentencję o regule i wyjątkach. I tak uspokojony powróciłem do swoich lektur, wiedząc że nie dość że nic mi od nich nie grozi, to może mnie one nawet troszeczkę podźwigną na wyższy intelektualnie poziom?
I czytałbym sobie te swoje ulubione książki beztrosko dalej, aż tu jakieś złe licho mnie podkusiło żeby sobie pooglądać w telewizji jak to wesoła gromadka posłów z Sejmowej Komisji Cmentarnej bierze w krzyżowy ogień delikatnie podchwytliwych pytań umalowanego jak tania ladacznica posła Chlebowskiego.
I w pewnym momencie tego swojego show poseł Chlebowski uznał za stosowne pochwalić się przed telewidzami a więc w tym momencie i mną, tym że czyta dużo książek, i to nie byle jakich książek, ale specjalnie to sobie upodobał książki Kena Folleta.
Masz ci los – kolejny erudyta!
Zmroziło mnie!
Więc jednak. Jednak czytanie niektórym szkodzi – i to ewidentnie szkodzi na głowę. Boże, ale może nie wszystkim? Może tylko niektórym?
W tym momencie przypomniało mi się co Oleksy powiedział Gudzowatemu i troszkę się uspokoiłem – on temu Gudzowatemu powiedział coś takiego:
„- teraz to ja zamierzam dużo czytać, bo chcę być ostry jak brzytwa”.
Widać różni ludzie różnie reagują. Łysy coś przeczyta i jest ostry ja brzytwa, a człowiek o żółtych włosach poczyta sobie Folleta i jest cienki jak igła.
niedziela, 24 stycznia 2010
Polska unplugged
Nie tak dawno nasz Premier wraz ze swoim ministrem finansów rozpływali się w zachwytach nad tym, jakim to cudownym ewenementem jest Polska na tle otaczającego nas świata (a może i Wszechświata? Nie wiem, nie słucham tego człowieka zbyt uważnie). Przede wszystkim jest nasza Ojczyzna, według prominentnych przedstawicieli naszych władz zieloną wyspą szczęśliwości na oceanie szarej biedy i kryzysowych kłopotów, które zewsząd nas otaczają. Nie wiem co nasz Premier miałby do powiedzenia dzisiaj wszystkim tym, którzy od dwóch tygodni nie mają w swoich gniazdkach prądu, ale nawet gdyby coś im chciał powiedzieć to muszę go zmartwić: nie usłyszą.
Z prostej przyczyny: aksamitny timbre głosu naszego Słoneczka nie ma jak do tych ludzi dotrzeć, ponieważ aby mogli go usłyszeć potrzebowaliby energii elektrycznej aby ich odbiorniki rządowych kłamstw w ogóle zaczęły działać.

Może akurat na naszych oczach właśnie dokonuję się arcyciekawy eksperyment? Niektórzy ludzie, mający się za ewidentnie bardziej spostrzegawczych niż tzw. przeciętny wyborca (przyznam się nieskromnie że staram się aspirować do tej grupy) uważają bowiem że zadziwiająco wysoka popularność tego rządu i jego nieudacznego ponad wszelkie standardy przyzwoitości szefa, bierze się ze skomasowanej osłony medialnej, zwłaszcza mediów elektronicznych. Paradoksalnie dosyć trudno tą niby oczywistą tezę na co dzień jakoś przekonująco udowodnić, ale chyba właśnie nadarza się okazja. Otóż, kiedy już nadejdzie pora wyborów, to trzeba nam bardzo dokładnie sprawdzić jak rozkładały się głosy wśród tych wszystkich, którzy byli tej elektronicznej propagandy z tak prozaicznych przyczyn jak brak prądu w gniazdkach pozbawieni. Bo to będzie taka części społeczeństwa, która będzie musiała wyciągnąć jakieś konsekwencję w stosunku do rządzących tylko na podstawie własnych doświadczeń, i nie będą to doświadczenia wykrzywione medialną dialektyką Tomasza Lisa, Moniki Olejnik czy choćby moich ulubionych Mupetów z „Teraz My”.
Taka „Polska Unplugged” – czysta, zdrowa, zapomniana...
Prawdziwa zielona wyspa, tyle że chwilowo skuta lodem.
Z prostej przyczyny: aksamitny timbre głosu naszego Słoneczka nie ma jak do tych ludzi dotrzeć, ponieważ aby mogli go usłyszeć potrzebowaliby energii elektrycznej aby ich odbiorniki rządowych kłamstw w ogóle zaczęły działać.

Może akurat na naszych oczach właśnie dokonuję się arcyciekawy eksperyment? Niektórzy ludzie, mający się za ewidentnie bardziej spostrzegawczych niż tzw. przeciętny wyborca (przyznam się nieskromnie że staram się aspirować do tej grupy) uważają bowiem że zadziwiająco wysoka popularność tego rządu i jego nieudacznego ponad wszelkie standardy przyzwoitości szefa, bierze się ze skomasowanej osłony medialnej, zwłaszcza mediów elektronicznych. Paradoksalnie dosyć trudno tą niby oczywistą tezę na co dzień jakoś przekonująco udowodnić, ale chyba właśnie nadarza się okazja. Otóż, kiedy już nadejdzie pora wyborów, to trzeba nam bardzo dokładnie sprawdzić jak rozkładały się głosy wśród tych wszystkich, którzy byli tej elektronicznej propagandy z tak prozaicznych przyczyn jak brak prądu w gniazdkach pozbawieni. Bo to będzie taka części społeczeństwa, która będzie musiała wyciągnąć jakieś konsekwencję w stosunku do rządzących tylko na podstawie własnych doświadczeń, i nie będą to doświadczenia wykrzywione medialną dialektyką Tomasza Lisa, Moniki Olejnik czy choćby moich ulubionych Mupetów z „Teraz My”.
Taka „Polska Unplugged” – czysta, zdrowa, zapomniana...
Prawdziwa zielona wyspa, tyle że chwilowo skuta lodem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
